O fokach - żeby zjechac, trzeba wejść
Jeszcze kilka lat temu
przeciętny narciarz
zjeżdżający z Kasprowego w którąkolwiek ze stron,
widząc postać idącą na nartach POD GÓRĘ zapewne
zastanawiał się
„ale o co chodzi?”
Kiedy ja sam zacząłem chodzić „na fokach” w pierwszej połowie lat 90-tych, nieraz ludzie różnie reagowali na mój widok. Ktoś, kto mnie wypatrzył sunącego w górę, spoglądał zgłupiałym wzrokiem i wykrzykiwał: „... wyciągiem nie łatwiej?”, albo dany człowieczyna przystawał w pobliżu i wpatrywał się z mina mówiącą, że jakoby robię coś wbrew prawom fizyki. Bywały tez milsze reakcje, kiedy ktoś przystawał i pokrzykiwał: ”brawo, brawo” - pewnie jakiś intelektualista.
Chodzenie na nartach jeszcze wtedy było tematem mało znanym,
rozpowszechnionym jedynie w środowisku ludzi, którzy mieli
ścisły związek z górami. Stąd te różne reakcje, o których wspomniałem,
a których zapewne nie tylko ja doświadczałem. I może to cokolwiek
dziwne, bo... Bo tak naprawdę chodzenie na nartach zaczęło się kilka
tysięcy lat temu. Świadczą o tym rysunki naskalne znajdowane
w Skandynawii i Syberii. Może to było tak, ze jakiś pomysłowy nasz pra,
pradziadek zauważył, że ciało upolowanej foki trzeba zawsze położyć
pyskiem pod gorę, o ponieważ jeśli położy się je głową w dół, to
zaczyna zjeżdżać. Pewnie nie dawało mu to spokoju i po wyprawieniu
foczej skóry, sprytnie pomyślał, ze gdyby tak położyć taką skórę na
śniegu, a raczej gdyby taki pasek foczej skory przywiązać do dwu desek,
te zaś z kolei do nóg, to można by szybciej i łatwiej iść, upolować
jakąś fokę... Zapewne proces tworzenia się nart i używania do nich
foczej skory był bardziej skomplikowany, jednak faktem jest, że sztuka
ta znana jest już bardzo długo i wywodzi się z dalekiej północy.
Spoglądając nie tak daleko w przeszłość, narty pojawiły się w Polsce
pod koniec XVIII w. i od razu w Tatrach. Pierwsza narciarską wycieczkę
notuje się w kwietniu 1891 r., kiedy Władysław Kleczyński jr i Marcin
Kozłecki dotarli do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Wielkim zapaleńcem
narciarstwa stał się Stanisław Barabasz, który w 1894 r przywiózł
narty do Zakopanego i tego samego roku wraz z Janem Fischerem ponownie
dochodzą do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Barabasz od roku 1901 na
stałe przeniósł się do Zakopanego i zaczął szeroko propagować
narciarstwo. Zapewne jego wpływowi uległ Mariusz Zaruski, założyciel
i pierwszy naczelnik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.
Zaruski, który połyka narciarskiego bakcyla calą duszą i od 1906 r.
zaczczyna chodzić na nartach, dokonuje pionierskich przejść przez
Przełęcz Tomanową czy przez Zawrat na Kozi Wierch z Józefem Borkowskim.
Chodzi sam, organizuje wyprawy i kursy (pierwszy kurs w Tatrach w 1907
r.), pisze przewodniki i podręczniki, propaguje narciarstwo całym sobą
- słowem i czynem. A wyjątkowym czynem na owe czasy było wejście
i zjazd północna ścianą Kościelca, wraz ze Stanisławem Zdybem, w 1911
r. Zjeżdżali związani liną w rękach dzierżąc bambusowe kije. W prawie
sto lat później wciąż niewielu stać na taki wyczyn, być może tym
zjazdem otworzyli kartę skialpinizmu w Tatrach?
W tamtym czasie ogromnym miłośnikiem Tatr i narciarstwa
stał się znakomity kompozytor i fotografik Mieczysław Karłowicz. To on
jest pierwszą ofiarą nart. Idąc na łatwą wycieczkę nad Czarny Staw
Gąsienicowy, ginie zniesiony lawiną śnieżną na stokach Małego
Kościelca. I jakże wymownym jest zdjęcie, które zrobił na krótką chwilę
przed śmiercią, właśnie tego miejsca, w którym zginął.
Jest jeszcze jedna legendarna osoba, która pokochała całym sercem
łażenie na nartach. To Józef Oppenheim, drugi naczelnik TOPR.
Legendarne stały się jego wycieczki narciarskie i długie „wyrypy”
z biwakiem na Hali Pysznej. Włóczył się pan Józio całymi dniami po
Tatrach, zjeżdżając i fotografując (przepiękne zdjęcia zachowane do
dzisiaj), a klimat tego oddają wspomnienia jego przyjaciółki Wandy
Gentil-Tippenhauer w przeuroczej książce pt.: „W stronę Pysznej”
autorstwa Stanisława Zielińskiego (Iskry 1975).
Cały okres międzywojenny to olbrzymia popularność i rozwój narciarstwa. Jak pisze Rafał Malczewski w „Pępku Świata”: „...narty stały się modne, a narty w Zakopanem arcymodne”. Spacerowanie z nartami po Krupówkach stało się towarzyskim obowiązkiem, a wprost z narciarskiego pólka lub wycieczki wchodziło się na dancing do którejś z modnych wówczas knajp. Pokazuję tutaj początki narciarstwa z jednej podstawowej przyczyny: w tamtych czasach nie było wyciągów i „żeby zjechać trzeba było wejść”, a do wchodzenia używano właśnie fok! No chyba, ze ktoś preferował „ośle łączki”.
Epoka chodzenia w góry na nartach skończyła się w momencie wybudowania kolejek i wyciągów. Powstało tzw. narciarstwo przywyciągowe. Jeszcze przed II wojna światową powoli zapominano o „foczeniu”, a po wojnie zapomniano prawie całkowicie. Chociaż mój znajomy mówił mi, że po wojnie były jeszcze sklepy w Krakowie czy Zakopanem, gdzie foki można było zdobyć. Rewolucja związana z mnożeniem się wyciągów i ta, w sprzęcie narciarskim, spowodowała, że do lat 80 nikt nie używał sprzętu do „foczenia”. Zapomniano, że na nartach można było chodzić. Ewentualnie, ktoś miał coś po dziadku gdzieś tam głęboko schowane, ale to przecież „zabytek nadający się do spalenia”.
Sprzęt turowy powrócił w polską część Tatr około 1985 r. Jednym z pierwszych posiadaczy nart turowych był śp. Piotrek Malinowski. Coraz więcej ludzi zdobywa wymarzony sprzęt z zachodu. I coraz więcej ludzi zaczyna na nowo propagować ideę „żeby zjechać trzeba wejść”. Pojawiają się też ekstremaliści. W 1983 r ekipa w składzie Magda Czanerle, Wojciech Brach, Roman Dawidek, Piotr Konopka i Krzysztof Malzacher wchodzą na Hińczową Przełęcz i zjeżdżają przez Mały Mięguszowiecki Kocioł do Morskiego Oka (dla niewtajemniczonych to te skalne urwiska widoczne spod schroniska). Piotrek Malinowski zjeżdża z Mylnej Przełęczy Kominem Drewnowskiego na Czarny Staw Gąsienicowy w 1988 r., a Piotr Konopka z Długiego Giewontu do Żlebu Szczerby i dalej do Doliny Strążyskiej. To ekstremalne narciarstwo, gdzie oprócz znakomitych umiejętności trzeba mieć, jak ja to nazywam „atomową psyche”. Inaczej mówiąc, niewielu jest ludzi na świecie, którzy są w stanie zjechać tymi miejscami.
Skialpinizm rozkwita, Memoriał Jana Strzeleckiego w Dolinie Chochołowskiej w 1989 r., pierwsze zawody w Polsce. Polacy uczestniczą także w zawodach zagranicznych, po południowej stronie Tatr i we Francji. Piotr Konopka i Piotr Malinowski startują w morderczych zawodach Pierra Menta Tivoly w 1992 r. Zawody te były uważane za nieoficjalne mistrzostwa świata, trasy po około 30 km długości z przewyższeniem około 2800 metrów, i tak przez trzy dni z rzędu! Były uważane za nieoficjalne mistrzostwa, gdyż dopiero w ubiegłym roku odbyły się we Francji pierwsze oficjalne mistrzostwa świata w skialpinizmie.
Obecnie w Polsce rozgrywa się sześć zawodów w skialpinizmie, z czego większość jest zaliczana do punktacji Pucharu Polski powołanego do życia od ubiegłego sezonu. W zawodach tych, jak choćby w Memoriale Piotrka Malinowskiego w Tatrach, startuje coraz większa rzesza zawodników, w tym zespoły ze Słowacji - jedne z najmocniejszych na świecie. Od około 1995 r większość zimowych wypraw TOPR odbywa się na sprzęcie turowym. Rośnie rzesza młodych, którzy tą formę sportu traktują bardzo poważnie.
Obecnie zimą, gdy jest się na Kasprowym, przez cały dzień nierzadko można doliczyć się parudziesięciu osób idących w górę. Oczywiście nie tylko Kasprowy jest areną do „foczenia”. Tam po prostu są przygotowane trasy i z tej racji jest to niekiedy jedyne możliwe miejsce na trening czy też rekreacyjne wyjście.
Oczywiście skialpinizm to nie tylko Tatry, to także inne pasma górskie w Polsce. Zresztą część zawodów jest rozgrywana w Bieszczadach czy Karkonoszach i są tam całkiem mocne ekipy. Popularność tej dyscypliny wzrasta w szybkim tempie, myślę, że to w pewnym stopniu dlatego, że obecnie sprzęt turowy cenowo jest porównywalny ze sprzętem „normalnym”.
Teraz, kiedy idę na fokach w rejon Kasprowego już rzadziej słyszę: „a wyciągiem nie prościej?”. Coraz więcej osób jest zainteresowanych i pytają mnie: „jak to działa?”, „gdzie to kupić?” i ”za ile?”. Chodzenie po górach na fokach jest dużo łatwiejsze i szybsze niż poruszanie się bez nich. Trasę można pokonać i szybciej, i też w razie np. załamania pogody, dużo szybciej się wycofać. Przemierzanie na nartach tatrzańskich szczytów czy dolin, daje możliwość większego zbliżenia do Gór, do Natury. Choćby dlatego, że tam gdzie latem są setki jak nie tysiące turystów, zimą na nartach jesteś sam, ewentualnie z kompanami.
A na czym polega fenomen „foczenia”? Moim zdaniem na tym, że w przeciwieństwie do narciarstwa przywyciągowego, gdy idziesz na fokach potem zjeżdżasz, możesz się dużo dowiedzieć - o sobie samym.
Fot. Columbia
|
|
|

Zoom
Skomentuj
Dodaj
