O narciarskim wędrowaniu
Nie jestem pewien, czy można dobrze opisać narciarską przygodę na szlaku. To po prostu trzeba przeżyć. Spróbuję przelać na papier swoje "zauroczenie" zimowym wędrowaniem. W miarę rozwoju sprzętu, wybrałem tego typu narty, jako najbardziej odpowiednie ze względu na ich lekkość i łatwość poruszania się na nich. Nie ujmuje to nic turystyce narciarskiej uprawianej na innego rodzaju sprzęcie. Ski-alpinizm, inaczej turystyka wysokogórska na nartach zjazdowych są tak samo godne polecenia i dostarczają wspaniałych przeżyć. Ja jednak preferuję lekkość w pokonywaniu przestrzeni, nawet kosztem pewności utrzymania się na śniegu i elegancji sylwetki zjazdowca, jakie dają narty zjazdowe.
Nazwa nart śladowych powstała z uwagi na możliwość zakładania przy ich
pomocy śladu narciarskiego w świeżym śniegu - w odróżnieniu od wąskich
nart biegowych, na których najczęściej można się poruszać po uprzednio
przygotowanym torze. Aby jednak moja wypowiedź nie zamieniła się w
"suchy" wykład o sprzęcie i technice, pozwolę sobie odesłać czytelnika
do popularnych książek: "Narciarstwo wędrówkowe" Konrada Ostańkowicza
lub "Narty, narty..." - praca zbiorowa pod redakcją Władysława
Lenkiewicza.
Podobno bieg narciarski, ze wszystkich rodzajów rekreacji ruchowej, najbardziej harmonijnie angażuje większość mięśni, z mięśniem sercowym na czele. Kiedy spadnie wystarczająca ilość śniegu, zakładajmy więc śladówki i biegajmy po parkach, polanach lub okolicznych laskach. Mając już odpowiednią kondycję, pokusimy się z pewnością o zorganizowanie narciarskiej "wyrypy" czyli wyprawy turystycznej w starym stylu. W Polsce mamy wspaniałe tradycje narciarskiego wędrowania. Przywołam tylko dwie książki: Mariusza Zaruskiego "Na bezdrożach tatrzańskich" i Stanisława Zielińskiego oraz Wandy Gentil- Tippenhauer "W stronę Pysznej". Ta ostatnia opowiada o wyprawach narciarskich z Józefem Oppenheimem (długoletnim naczelniku TOPR po Mariuszu Zaruskim) w roli głównej.
Ci prekursorzy współczesnej turystyki narciarskiej wędrowali na
nartach bardzo zbliżonych do współczesnych śladówek, choć trochę
szerszych. Obecnie zaopatrzywszy się w narty typu "telemark" możemy
być w o tyle lepszej sytuacji od naszych poprzedników, że nasze deski
będą okrawędziowane stalowymi taśmami. Moim marzeniem jest, aby
atmosfera tamtych, barwnie opisanych w wymienionych przeze mnie
książkach, choć na chwilę wróciła na czas wędrówek na śladówkach po
Beskidach i Sudetach, a także na Mazurach Garbatych i Suwalszczyźnie
oraz po Szwajcarii Kaszubskiej - terenach mało znanych zimą, choć
niezmiernie ciekawych.
Czy najechaliście kiedyś nartami na dzika śpiącego w śniegu? Mnie się to kiedyś zdarzyło w Puszczy Rominckiej! Obaj (tzn. dzik i ja) wyszliśmy z tej przygody ciężko przestraszeni.
Z innych wspomnień z Rajdu Narciarskiego "Wędrówki Północy" przywołuję z pamięci zdarzenie ze szlaku na tracie Gołdap - Dubeninki. Samego świeżego puchu napadało co najmniej pół metra. Prowadzący narciarz wytrzymuje w tych warunkach najwyżej dziesięć minut i zjeżdża spocony na koniec grupy. Po godzinie takiej jazdy prawie wszyscy opadamy z sił, ale każdy wie, że kiedy przyjdzie pora na niego, to będzie przecierał szlak na czele grupy, bo tak trzeba! Jack London nazwał to kiedyś "jedzeniem niedźwiedziego mięsa na surowo".
Innym razem zaś, uczestnicząc w Tatrzańskim Rajdzie Narciarskim,
zjeżdżaliśmy z Tomanowej Przełęczy na Halę Tomanową. Marcowy,
słoneczny dzień miał się ku końcowi. Powoli się zmierzchało. W górze,
w promieniach zachodzącego słońca, śnieg był odwilżowy, dla jazdy
tępy. Ale niżej, gdzie cień zalegał już dłuższy czas, tworzyła się
lodoszreń, na której "ponosiło", a o skrętach nie mogło być mowy.
Szczęśliwcy, którym udało się zjechać bezpiecznie, lokowali się na
obtopionym ze śniegu, trawiastym wybrzuszeniu pośrodku hali, ufając,
że są całkowicie bezpieczni. Tymczasem jakiś narciarski "kamikadze",
który już był całkowicie zatracił panowanie nad parą desek, szusował z
obłędem w oczach przez całą halę. Do dziś nie wiem, jakie prawa fizyki
pozwoliły mu przelecieć bez wywrotki przez ten trawiasty kopczyk,
bowiem... poszybował dalej. Trzeba było widzieć to całe towarzystwo
zebrane na trawie, jak rozpierzchnęlo się na wszystkie strony, niczym
spłoszone ptactwo! Do dziś nie mogę powstrzymać się od śmiechu, gdy
sobie tylko o tym przypomnę. A fachowo nazywa się to "jazdą w
zmiennych warunkach śniegowych", z jakimi trzeba się liczyć na
prawdziwej "wyrypie" narciarskiej. Nie mogę się oprzeć, aby nie
zacytować wspomnianego już przeze mnie Józefa Oppenheima ("Szlaki
narciarskie Tatr Polskich i główne przejścia na południową stronę",
nakładem PZN, Kraków 1936 r.):
"Narciarz jeździ po śniegu - prawda pierwsza i zasadnicza. Ale ów dla laika synonim uroczej białości, pozornie zawsze jednakiej: słowo śnieg - nic nie mówi narciarzowi. Śnieg - dobrze - ale jaki?!... Puch, boski puch, cudowny firn czy piekielnie łamliwa szreń, przetykana kalafiorami?Gips, boraks, gangle, sparszywiały śnieg odwilżowy, złączony z podłożem, czy lecący na dźwięk głosu ludzkiego?
Śnieg, wysokogórski władca przestrzeni, stanowi o podstawowej pierwszej wielkiej niewiadomej, od której zależy trudność danej drogi narciarskiej."

Zoom
Skomentuj
Dodaj
