O dwóch takich co w góry poszli
Styczniowe słońce z powodzeniem przebijało się przez nieliczne chmury, a lekki wiatr kołysał stuletnie świerki, które z godnością i właściwym sobie dystansem spoglądały na nas z wysokości. Mróz był zbyt lekki by dać radę rękom bez rękawiczek i roześmianym twarzom zdobywców świata, którzy - pozostawiwszy za sobą życie realne - z zapałem przedwojennych skautów podążali ku szczytom i ku przygodzie. Wyposażeni w narty przeznaczone specjalnie do wypraw górskich, których pierwowzór narodził się wiele lat wstecz w Legii Cudzoziemskiej, wyglądaliśmy i czuliśmy się bardzo bojowo, nazywając się "czarnymi mścicielami".
Nieliczni dolinowi spacerowicze patrzyli na nas z zainteresowaniem, co dodatkowo upewniało nas w przekonaniu, że jesteśmy wielcy i niezwyciężeni. Co jakiś czas jeden z nas stawał niczym pomnik bohatera rewolucji październikowej, drugi zaś robił mu zdjęcie na tle ośnieżonej skały komentując, że następne zrobimy jak wytargamy za uszy niedźwiedzia. Podobno, jak się takiego misia porządnie wytarga jest potulny jak baranek.
Po krótkim odpoczynku w schronisku, podczas którego mapa została dokładnie przestudiowana, marszruta wytyczona a morale podniesione czekoladą, wyruszyliśmy dalej - coraz bardziej w górę, coraz bardziej stromo, ale wciąż na mocnych nogach i w świetnych humorach. Dzień był piękny, ubrania powoli znikały w plecakach, a czas wydawał się być przychylny naszym planom. Narty zdawały egzamin, dając możliwość wspinania się delikatnymi trawersami pod strome zbocze pokryte twardym i pewnym śniegiem.
Po dwóch godzinach wypełnionych forsowną wspinaczką dotarliśmy na szczyt. Wiatr prawie przestał wiać, a okalającą nas ciszę mąciła tylko sprzeczka dwóch unoszących się nad nami orłów. Słońce było jeszcze wysoko a kondycja na medal. Naszym celem był szczyt, do którego prowadził szlak biegnący wzdłuż grani. Planowaliśmy dojść do niego w ciągu trzech, najwyżej czterech godzin i jeszcze za dnia zjechać do nartostrady. Aby osiągnąć zamierzony cel, trzeba było jedynie pokonać kilka krótkich trawersów okalających skały - niedostępne dla takich jak my zwykłych śmiertelników, następnie wspiąć się kilka razy i tyle samo razy zjechać.
Początek zapowiadał się miło, łatwo i przyjemnie. Prosta ścieżka szczytem grani wydawała się być chodnikiem, po którym mieliśmy nadzieję szybko i sprawnie pokonać planowany dystans. Po krótkim czasie zostaliśmy zmuszeni do obejścia zagradzającej nam drogę skały. W tym celu zsunęliśmy się trochę niżej i teraz posuwaliśmy się powoli w poprzek dość stromego zbocza pokrytego o wiele twardszym śniegiem. Krótkie krawędzie nart nie były w stanie nas utrzymać, co powodowało, że co jakiś czas jeden z nas osuwał się trochę w dół, opóźniając marsz oraz tracąc niepotrzebnie siły na ponowne podchodzenie.
Zmagając
się z wysiłkiem oraz już mniej przyjaznym terenem nie zauważyliśmy, że
słońce było coraz niżej, a cel naszej wędrówki, choć chwilami widoczny
zza kolejnych, omijanych skał, niewiele się przybliżył. W pewnym
momencie stanęliśmy przed koniecznością zdjęcia nart i posuwaliśmy się
przylepieni do zbocza wbijając za każdym krokiem buty oraz kijki w
skorupę śniegu. To szalenie wyczerpujący sposób poruszania się,
ponieważ pokonanie każdego metra wymaga dwukrotnego wbicia buta i tyle
samo uderzeń kijkiem. Za każdą mijaną skałą mieliśmy nadzieję wejść
znowu na trasę, co umożliwiło by nam poruszanie się na nartach. Nic
takiego jednak nie miało miejsca, a dodatkowo, raz po raz, na naszej
drodze napotykaliśmy zupełnie inny śnieg - śnieg, który przy dotyku
zdawał się krzyczeć: spadam!, śnieg gęsty, miękki i na swój śnieżny
sposób złowrogi. Powodowało to konieczność omijania przeszkody albo
górą, albo dołem, co dodatkowo zabierało czas, a także siły. Po upływie
kolejnych, coraz bardziej cennych minut byliśmy mniej więcej w połowie
drogi, słońce już ledwo wystawało zza szczytów i tylko rodząca się w
nas solidarność napawała optymizmem. Rzeczywistość natomiast była mało
zabawna - w przód i w tył tak samo daleko, czekolada finito, ręce i
nogi niczym z waty, zaś orły krążące powyżej zaczęły przypominać sępy.
W pewnym momencie podczas dyskusji na temat jak opanować sytuację, moja prawa noga zbyt słabo wbiła się w śnieg i zanim moja głowa to zauważyła, moja lewa noga opuściła bezpieczny schodek w celu udania się w stronę nogi prawej, która niestety nie była w stanie utrzymać całości. Nie miałem nawet czasu się przestraszyć, za to bardzo dokładnie pamiętam uczucia, jakie towarzyszyły mi podczas tych kilkunastu sekund coraz szybszego spadania w dół, ku granicy, przed którą ostatecznie powinienem się zatrzymać, ponieważ w innym wypadku, stanąłbym przed koniecznością odbycia szybkiego kursu latania, na co zupełnie nie miałem ochoty. To było jak oglądanie slajdów, na których pojawiały się różne obrazy, a opowieści rodem z filmów, gdzie bohater w chwili zagrożenia ogląda swoje całe życie, stały się bardzo realne i nabrały szalenie osobistego wymiaru. Na slajdach oglądanych z coraz szybciej pędzącego pociągu widziałem syna oraz żonę w różnych zapamiętanych wcześniej ujęciach. Przez kilka sekund, które wydawały się godzinami, doceniłem spokojne życie i było mi strasznie wstyd, że oni są tam, a ja tu sobie spadam, nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co. Te refleksje obudziły zaskoczony szybkością zdarzeń strach oraz instynkt samozachowawczy, a miejsce slajdów rodzinnych zajęły wypisywane przez podświadomość krótkie komendy - przyklej się do stoku, nie zacznij się turlać, tylko spokojnie wbij but. Nagle poczułem mocne szarpnięcie, a śnieg znowu stał się wyraźny i tak piękny, że prawie się w nim zakochałem - pociąg stanął.
Rozpoczął się mozolny powrót do punktu wyjścia, co zajęło trochę czasu oraz wysiłku, zwłaszcza, że po drodze znowu był śnieg nie budzący zaufania. Usadowiony już bezpiecznie byłem troszkę mniejszym "czarnym mścicielem", a oczy drugiego "mściciela" mówiły, że on, podobnie jak ja chce do mamy. Nie mając jednak innego wyjścia ruszyliśmy dalej mając nadzieję, że ta sympatyczna góra na pewno tylko sobie tak żartuje.
Słońce już dawno przestało nam towarzyszyć i nie było w stanie wskazywać dalszej drogi. Góra również nas zawiodła, ponieważ po raz kolejny postawiła na naszej drodze gęsty i lubiący spadać śnieg, nie dając w dodatku możliwości jego obejścia, ponieważ z jednej strony kąt nachylenia nie zachęcał do spacerów, z drugiej wyrastała skała o wymiarach pięciopiętrowego bloku. Otaczająca nas ciemność, tylko dwa metry kwadratowe pewności oraz siły w stanie opłakanym w połączeniu z powstałym z popiołów zdrowym rozsądkiem zmusiły nas do kroku, który sam w sobie był tak nieprawdopodobnie przykry i tak nieprzystający do godności "czarnych mścicieli", że wykręcając numer TOPR-u nie mogliśmy patrzeć sobie w oczy.
Spokojny i rzeczowy głos zapytał najpierw o to czy jesteśmy cali i jakie jest nasze położenie, a następnie poradził okopanie się na czas oczekiwania oraz obiecał, że niebawem ktoś po nas przyjdzie. Wiedzieliśmy już, że nie jesteśmy sami, emocje ustępowały miejsca powracającemu poczuciu humoru, a wyjęte z plecaków ubrania zatrzymywały ciepło grzejące zarówno ciało jak i ducha. Znowu nie było wiatru, znowu było wesoło, a gwiazdy zdawały się być na wyciągnięcie ręki. Uszami wyobraźni słyszeliśmy chrapanie orłów, a głupkowate dowcipy wyrzucały z głowy myśli o schabowym z pieczarkami - spokojni i bezpieczni wypatrywaliśmy odsieczy. Po kilku godzinach, spotkała nas następna niespodzianka - odsiecz przyszła nieoczekiwanie w postaci dwóch migoczących światełek na szczycie skały, pod którą rozbiliśmy nasz obóz. Światełka początkowo się rozglądały, co jakiś czas znikały na moment, by znowu pojawić się po przeciwnej stronie szczytu. Były ruchliwe i w oczywisty sposób starały się do nas zbliżyć. W pewnym momencie jedno światełko kocimi skokami pokonało ścianę zamieniając się w idącego po śniegu rycerza. Światełko na szczycie zrobiło to samo i za moment w naszą stronę zbliżało się już dwóch rycerzy, z których jeden upewniwszy się, że nic nam nie jest przemówił ludzkim głosem:
- Ale chłopy do pieca dowalacie - co w mowie rycerzy oznacza dużą dezaprobatę.
Następnie nasi wybawiciele ustalili drogę powrotną, która ku naszemu
zdumieniu miała prowadzić tam skąd przyszli, ponieważ ich zdaniem,
każde inne rozwiązanie groziło śmiercią lub kalectwem.
To była powolna i mozolna wspinaczka na piąte piętro oblodzonego bloku. Asekurowani przez naciągnięte liny staraliśmy się gramolić w miarę sprawnie i tak, żeby jakoś zjednać sobie naszych nowych przyjaciół, którzy zdawali się doceniać nasze wysiłki i już przed szczytem rozmawiali z nami dość przyjaźnie, a nawet wesoło. Byliśmy w dobrych rękach ludzi fachowych, skupionych i bardzo profesjonalnych. Każdy ruch oraz krok były dokładnie przemyślane, a instrukcje dla nas czytelne i zrozumiałe. Po przejściu na drugą stronę ostrego szczytu zaczęliśmy schodzić na dół, co było doznaniem jeszcze bardziej emocjonującym jak droga pod górę.
Po dwóch godzinach udawania alpinistów staliśmy już bezpiecznie na prostym śniegu mając przed sobą piękny i całkiem dziewiczy stok prowadzący w dół do nartostrady. Jeszcze tylko dwadzieścia minut wspólnego, nocnego zjazdu, podczas którego przyjazny pęd powietrza przeganiał resztki strachu i nasi niezwykli rycerze odwieźli nas do zwykłego hotelu, zwykłym samochodem, żegnając kilkoma dobrymi radami oraz życzeniami powodzenia.
I to już koniec historii, którą chciałbym zakończyć słowami - nie dowalajcie do pieca.

Zoom
Skomentuj
Dodaj
