Ślizg absolutny
Tego dnia zastałem Jackiego przed „Czekanodupem” – jednym z małych drewnianych domków należących do jego posiadłości w Chamonix.
Tekst – Kris Lizak, Foto – arch. Jacky Demarchi oraz arch. autora
Jak zwykle narzekał na swojego kumpla Jean-Clauda, zajmującego inny drewniany domek zwany „Aeroski”. Znowu polazł na Mont Blanc, po raz 154, a na opłaty nie dołożył mi od pół roku! Już nawet jedzenia nie mam, bo muszę płacić za prąd, a ten mnie nie wspomoże.
Prawdziwy Mont Blanc i nieżyjący juz sąsiad Jackiego, który mógłby być jednym z mieszkańców tej wyśnionej wioseczki jak z baśni...
Zaofiarowałem mu trochę jedzenia, którego nieprzyjemnie duże ilości znalazłem dzień wcześniej na śmietniku za supermarketem. Wyraźnie zadowolony tą propozycją Jacky zmienił temat i zaczął rozprawiać o swoich nowych projektach budowlanych. Taras na dachu „Czekanodupa”, o którym kiedyś mi wspominał posiadał już trzy krzesłopodobne, bazujące na dziecięcych wózkach siedziska, a przed domem wyrastało świeżo zasadzone drzewo. Drzewo dla Tyrolii, małej kotki Jackiego!
- Jak to miło, że pomyślałeś o Tyroli – wtrąciłem - ale czy drzewko jak trochę podrośnie nie przysłoni tego wspaniałego zakątka drewna, malarstwa i sztuki, no i okna twej sypialni?
- Nie, to ma być małe drzewko, w sam raz dla Tyrolii, a nawet jak mnie osłoni przed hotelem i turystami co łażą po tym Rue Paccard to tylko na dobre mi wyjdzie!
Hotel owszem, wznosił się tuż za „Czekanodupem” i „Aeroski”, ale Rue Paccard???
Chyba że chodziło o osłonę mentalną, świadomość, iż jesteśmy izolowani od reszty pod rozłożystą koroną drzewa. I po raz kolejny usłyszałem historię jak to lata temu, gdy hotelu jeszcze nie było nawet w planach, z okna sypialni Jackiego rozpościerał się widok na Argentiere, Les Grands Montets i Szwajcarię. A teraz?
Wtedy spostrzegłem drabinę opartą o dach, piękną drabinę i - jak większość przynależnych do Jackiego dóbr - drewnianą. Czyżby używając jej można cofnąć lata do czasów tego niezapomnianego widoku?
- Ach drabina – zauważył moje zastanowienie Jacky i nakreślił mi pokrótce kolejny projekt – „Les Fresques de la Vache” – „Krowie Freski”. Używając długiego pędzla, ze stopni swej wyjątkowej drabiny, Jacky nanosi stopniowo na drewno swego domu krowy i krówki, psa owczarka i pastuszka, trawę do żucia, wodę do życia i krowie pozostałości po trawie i wodzie. To kontynuacja mojego projektu z łazienki - napomknął Jacky. a w mojej myśli pojawiła się jego myśl, zapisana na drewnianej ścianie łazienki:
Przyjacielu narciarzu lub wspinaczu* kimkolwiek jesteś, idź więc, wdychaj często, kupę dobrze ciepłego gówna, zapach ciepławej obory, pij szklankę prawdziwego mleka, głaskaj krówkę lub owieczkę, osiołka, konika, doglądaj kurnik, pomagaj w opróżnianiu stajni, w zamian za dobry kawałek sera, a URATUJESZ swe życie! (zanim maszyny cię zgładzą)
*szefie, robotniku, pracowniku, turysto, handlarzu...
Wyjątkowa energia Jackiego do konstruowania, budowania i tworzenia, skupia się jednak przede wszystkim na malarstwie i projektach niezwykłych kombinacji ślizgowych opartych o idee narciarsko-telemarkowo-snowboardowe.
Nieprzypadkowo góry i narty dominują w jego twórczości, gdyż rodzina Demarchi od pokoleń żyje z gór i pośród gór. Ojciec, dziadek i pradziadkowie byli przewodnikami, chatarami górskich schronisk czy też właścicielami słynnej potańcówy w Chamonix Sud. [Jacky wspominał, gdy jako mały chłopiec przeżył śmierć swojego kuzyna, Pierra - przewodnika, opiekuna schronu Grands Mulets w latach 50. Zimą 1956 roku Pierre wraz z dwoma klientami podjęli próbę przejścia masywu Mont Blanc z Chamonix do Courmayeur. Jednym z klientów był Henryk Muckenbrunn, słynny polski narciarz, mistrz Polski i Czechosłowacji w skokach z 1926 roku, współautor1 pierwszego francuskiego opracowania na temat technik narciarskich - „Le Ski” z 1931 roku. Drugim - polski bankier z Tarnowa. Przejście mające za cel przemyt walut z Francji do Włoch, odbywało się z konieczności w złych warunkach pogodowych. Obaj klienci wpadli do szczeliny lodowca Giganta, a Pierre dotarł na próg drewnianego wówczas schronu na szczycie Aiguille du Midi, gdzie umarł z wyczerpania i wyziębienia.]
Natura, wśród której Jacky się wychował, podsuwa pomysły kolejnych obrazów i stanowi inspirację dla projektów ślizgowych. Życiowy cel Jackiego, ostateczne zbliżenie człowieka do natury, to „Ślizg Absolutny” czyli jazda bez wiązań.
Weźmy na przykład telemark bez kijków. Im więcej przykucamy, im bliżej do śniegu, tym bardziej przyjmujemy pozycję kota – demonstruje mi Jacky podnosząc za sierść Tyrolię.
- Spójrz na jej tylną łapę – czy to nie jest telemarker w skręcie – pyta retorycznie Jacky?
- Następnie wolno się podnosimy, stopniowo prostujemy ręce, aby utrzymać równowagę, aż dochodzimy do pozycji ptaka – pokazuje Jacky stojąc nade mną z rozpostartymi rękami. - Pozycja kota i pozycja ptaka to telemark bez kijów, a w skręcie? W skręcie sterujesz palcami wysuniętej nogi, podobnie jak pianista, który palcami dłoni czaruje klawiaturę swego instrumentu. Mikroruchami palców stopy wygrywasz swoje melodie na śniegu, a po dwóch sezonach możesz zostać wirtuozerem!
Nie dziwi więc fakt, iż Jacky jest jednym z głównych mecenasów narciarstwa ze skrzydłami zwanego - „Aeroski”
Aeroski zaczęło się podobno jakieś 40 lat wcześniej w dolinie Chamonix, kiedy jeden ze słynnych sportowców, w ramach urozmaicania sobie treningu, jeździł z dwoma okrągłym klapami od śmietników w rękach. Te, niby skrzydła, miały dawać delikatne poczucie unoszenia się w powietrzu i zastępować technikę odciążania na ówczesnych nartach.
Jacky jako słynny w latach 70-ych na całą Francję narciarz-akrobata (skier d’acrobatique) postanowił wykorzystać pomysł w swoich pokazach.
Pewnie niewielu obecnych freestylerów z krokiem między kolanami zdaje sobie sprawę, że przed ich narodzinami uprawiano tę dyscyplinę, choć nie było twin-tipów, lecz długie toporne narty. Back i front flipy robiono na długo przed Jackim, a 360 to ponoć jego wynalazek.
Należał do sponsorowanej przez Salomona grupy akrobatów zwanych „Poods” – Maurice Poulain, Pierre Poncet, Jacques Demarchi. Swoim VW busem z zamontowaną na dachu skocznią jeździli po kurortach z pokazami, i ciągle musieli coś wymyślać, aby uatrakcyjnić występy „Let’s Poods”
Wymyślali więc nowe konstrukcje do ślizgu i wtedy w 70-71 roku Jacky stworzył MonoMark lub MonoTele, lub MonoTeleMark - jakkolwiek go zwać.
MonoMark był pierwowzorem Skwala lecz na zwykłej długiej narcie jedno zjazdowe wiązanie znajdowało się z przodu, a drugie telewiązanie z tyłu, dzięki czemu monotelemarker mógł przykucać w skręcie. Raz jeździl więc regular, raz goofy i już wtedy Jacky myślał o połączeniu obu technik – lewej i prawej - na jednej desce. Nie było jak tego zrobić, bo narta zbyt wąska i jakże nogi mają się minąć?...
no i właśnie...
W styczniu 1973 ekipa z USA przywiozla jeszcze wtedy w Europie nieznane Monoski (w Kalifornii już odbywały się zawody w Mono po puchu). Jacky ze swoim MonoMarkiem mial nareszcie rozwiązanie na...Twista, jak zresztą twierdzi zobaczył go w pewnej kokainowej wizji na 3600m latem 74 roku. W 1975 roku zrobił pierwszy model Twista, zwany TeleMarkTwist (TMT) i od tej pory pracuje nad udoskonaleniem prototypu.
Udoskonalenie nie obejmuje bynajmniej tylko ogółu - ogólnej zasady ślizgu, lecz także szczegół - drobne elementy zdobiące konstrukcję. Pamiętajmy, że Jacky jest artystą, malarzem, a jego wynalazki należy traktować w kategoriach sztuki, niewątpliwie użytkowej, ale jednak sztuki. W pracowni Jackiego znajdziemy modele zdobione centymami franków i euro, kawałkami skór i futer, gwoździami i śrubkami, malunkami, naklejkami i naszywkami, linami, sznurami i plecionkami, czy wreszcie podobiznami szwedek, niemek, węgierek, amerykanek - byłych kobiet Jackiego.
To jedyny temat, który obok gór zajmuje miejsce w jego twórczości, a niejednokrotnie zastałem go kreślącego pędzlem po pięknej, acz lekko karykaturalnej buzi jakiejś szwedki, niemki czy amerykanki. To jedna z moich byłych – zawsze to samo zdanie wypływało z ust Jackiego, gdy przykładał pędzel do jej twarzy.
Pewnego czerwcowego dnia pakujemy do plecaka kawałek kiełbasy, sera, pomidorka na dwóch i resztki ciasta owiniętego w papierek. Wpychamy po Twist’cie na głowę do snowboardowej torby, aby nikt nie podpatrzył nieopatentowanego pomysłu i ruszamy zalaną słońcem alejką w stronę kolejki na Brevent. W dolinie już letni upał, na górze jeszcze piękny wiosenny śnieg. Jackie odpala swoje cygaro, ja skręcam resztki tytoniu znalezionego w kieszeni nie używanej od miesiąca narciarskiej kurteczki i w skupieniu słucham mistrza :
Płynie w Tobie słowiańska krew. To dobrze! Twist to urządzenie niebezpieczne, zawierające w sobie zarówno technikę monoski jak i technikę snowboardu.
Ale nader wszystko Twist to taniec, „Le Cosaque”, rosyjski kazaczok.
Po godzinnej sesji, w trakcie której podglądani byliśmy ze zdziwieniem przez grupkę freestylerów skaczących nieopodal na usypanej hopce, nanosimy nasze komentarze na przygotowane uprzednio kartki. Twist’Rail to nowa koncepcja, fuzja naszych doświadczeń i pomysłów, model który Jackie zamierza przygotować na sezon 2004/2005.
Jak to będzie po rosyjsku? – pyta mnie, wciąż poszukując dobrej, marketingowej nazwy dla swoich prototypów.
Schodzimy wzdłuż trasy narciarskiej rozglądając się bacznie za monetami, za skarbami, które wypadają nieuważnym narciarzom w trakcie zimowych miesięcy i teraz wiosną można je odnaleźć. Znany to sposób przetrwania włóczęgów narciarskich, siedzących całymi sezonami w alpejskich dolinach. Dla Jackiego zaś, to zwyczajowa forma gromadzenia funduszy na wino.
Lecz Brevent nie jest najlepszym miejscem do poszukiwań. W lipcu, gdy otworzą wyciąg na Grands Montets, najsłynniejsze zbocze doliny, wybierzemy się wspólnie na kolejne poszukiwania rozwiązań ślizgowych i skarbów.
Tylko tam pod północnymi zboczami Petit Aiguille Verte, możemy na stosunkowo płaskim terenie, z dala od Chamonix, potestować bezpiecznie Rakietę - „La Fusee”.
A bezpieczeństwo jest w tym wypadku niezwykle istotne, gdyż rakieta to „Ślizg Absolutny”, to jazda bez wiązań, bez zabezpieczeń. Jeśli wymknie się spod naszej kontroli i poleci w doliny, może kogoś zabić!
Tym razem chowamy do przepastnej snowboardowej torby jedną maszynę na dwóch - model Skurf. Co prawda, bardzo chciałem spróbować „Cosmos Deltaique”, ale jego wielkość i waga skłoniły mnie do porzucenia pomysłu. Bierzemy ponadto długi, pozłacany XIX-wieczny czekan zwany „Krzyżem” – „La Croix”.

Do osobnego plecaka pakujemy "Czekanodup" - piękny, skórzany pas anty-upadkowy nabijany ćwiekami i wzmacniany zakrętkami od słoików. Ten szeroki pas obwiązuje się wokół bioder, tak by wprost z naszego siedzenia wyrastał czekan skierowany trzonkiem w dół.
Na szczycie, na wysokości 3300 metrów wydobywamy z torby i plecaków cały sprzęt na oczach zdumionych kursantów wspinaczki lodowej. To dla potrzeb show. Pracujemy dla stacji narciarskich – Jacky zbywa ich lakonicznym stwierdzeniem. Następnie rozpoczyna swoje przemówienie do mnie, kursanta jazdy na rakiecie :
Wyobraź sobie, że ujeżdżasz byka! Wielkiego, tłustego i złego byka! Jesteś na Rodeo, jedną ręką trzymasz uzdę, drugą łapiesz równowagę. Byk podskakuje w różne strony, próbując Cię zrzucić ze swego grzbietu. Ty się nie poddajesz. Co więcej wstajesz na niego i trzymając się za uzdę rozpoczynasz tańczyć kazaczoka.
Przypominam sobie poprzedni wieczór, gdy wiedząc o nadchodzącej próbie, Jacky uczył mnie właściwej techniki. Stopy ustawiają się w pozycji płużnej, następnie szybkim ruchem jedna chowa się za drugą przekrzywiając jednocześnie o 90 stopni – twist i znowu pług, twist w drugą stronę i pług, twist, pług, twist, pług, twist... - trenuję przed spaniem, aby nie dać plamy.
Puszczam się w otoczeniu szczelin, podpięty liną do Skurfa, ze złotym krzyżem w dłoni i czekanodupem na biodrach. Sunę coraz szybciej, strach narasta w oczach, pokonuję pierwszą nierówność terenu skokiem, słyszę za sobą krzyk – teraz, teraaaaz, twiiiist..., cosaqueee..., rodeoooo..., dolatują do mnie urwane dźwięki znajomych nazw.
Próbuję, z całych sił próbuję i nie mogę, nie mogę się poderwać, chyba buty za ciężkie?
-Tak, myślałem już o tym - odpiera Jacky, gdy wracam z nowinami ciągnąc za sobą rakietę - potrzebujemy specjalnych butów, a tymczasem spróbujmy w samych botkach. Musi być odpowiedni poślizg, aby kazaczok nie był skokiem lecz ślizgiem.
W końcu to co robimy jest „Ślizgiem Absolutnym”!
Dalej już nic nie ma...
www.chamonix.prv.pl
Skayak - szkic prototypu, który Jacky przewiduje na sezon 2040/2041, gdy ludzkość wynajdzie lycrę o wystarczającej sile, by nie podarła się w trakcie jazdy.
Opis = wyjaśnienie
kula sterująca = podwyższenie przednie = nit sprężyny głównej (w pierwszej tercji narty bazowej)
piłka tenisowa = kil podwyższenia tylnego (element wymienialny!)
kil podwyższenia znajduje się obowiązkowo w ostatniej tercji płaszcza, podtrzymując nit sprężyny głównej
podstawa płaszcza przymocowana jest do "owala podwyższenia"
suknia z membrany kauczukowej

Zoom
Skomentuj
Dodaj


Zarąbisty tekst