Narty u Ajatollaha
Na narty do Iranu? A po czym tam się jeździ? Po piasku? – zdziwieni pytali wszyscy, którym mówiliśmy o naszym ekstremalnym pomyśle narciarskiej wycieczki na tereny dawnej Persji.
Iran kojarzy się nam bowiem raczej z gorącym pustynnym piaskiem, a nie białą pokrywą śnieżną. My postanowiliśmy, że sprawdzimy jak jest naprawdę. To co zobaczyliśmy, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania.
Okazało
się, że warunki do uprawiania sportów zimowych są w Iranie wprost
idealne. Na narciarzy i snowboardzistów czeka mnóstwo białego puchu,
długie trasy, tanie karnety i niewielkie kolejki do wyciągów. A sezon
narciarski trwa ponad cztery miesiące (od początku grudnia do końca
marca).
Zamiłowanie do białego szaleństwa przeszczepił na irański grunt Szach
Reza Pahlawi w latach 60-tych. Podczas jednego z licznych pobytów w
Europie zafascynowała go magia dwóch desek. Po powrocie do ojczyzny
postanowił wybudować kilka narciarskich ośrodków dla siebie i swoich
poddanych. Kilka lat potem brodaci mułłowie zmusili szacha do ucieczki,
na szczęście ośrodki pozostawili nietknięte. Dzięki temu przetrwały do
dziś. Niestety od tamtego czasu infrastruktura narciarska nie była w
zasadzie rozbudowywana a i remonty zdarzały się nader rzadko.
Ośrodki narciarskie porozrzucane są po różnych częściach kraju:
Największe i najpopularniejsze (Shemshak i Dizin) znajdują się w
potężnych górach Alborz na północ od Teherenu. Ze stolicy można do nich
dojechać w niecałe dwie godziny. To właśnie te rejony chcieliśmy
zobaczyć podczas naszego pobytu w Iranie.
Największe wyzwanie: dojazd.
Do Teheranu przylecieliśmy w środku nocy. Po załatwieniu formalności
paszportowych i odebraniu bagaży wydostaliśmy się z lotniska i
pojechaliśmy na dworzec autobusowy. Stamtąd dostaliśmy się lokalnym
transportem w góry. Niestety na 20 km przed celem naszej podróży
okazało się, że dalsza droga jest dla autobusu zbyt niebezpieczna.
15-stopniowe nachylenie przy ogromnym oblodzeniu i ciągle padającym
śniegu stawiało dojazd do dzisiejszy dojazd do położonego w sercu gór
Dizin pod dużym znakiem zapytania. My byliśmy jednak silnie
zdeterminowani.
Niewiele myśląc wyszliśmy na drogę i zaczęliśmy machać na
przejeżdżające samochody. Po 15 minutach siedzieliśmy na
(tylnych/tylnich) siedzeniach potężnego jeepa. Naszym wybawcą okazał
się młody Irańczyk – Ali. Doskonale mówił po angielsku i tak jak my
chciał dostać się na narty do położonego w najmniej dostępnych partiach
gór ośrodkach Dizin. Dzięki napędowi na cztery koła bez problemu
minęliśmy dwa mniejsze ośrodki narciarskie (Shemshak, Darbandsar).
Dalej jednak warunki pogorszyły się do tego stopnia, że nawet nasz jeep
zaczynał mieć problemy. Kręta górska droga stała się ledwie widoczna.
Samochód właściwie płynął w śniegu w półmetrowym śniegu. Przed nami nie
było żadnych śladów, tylko biała pustka. Nagle coś nami wstrząsnęło, a
samochód zatrzymał się na niewidzialnej przeszkodzie. Po bliższej
analizie okazało się, że wbiliśmy się w metrową lawinę. Dalsza droga,
przynajmniej samochodem była niemożliwa.
- Ja zawracam, ale wy możecie spróbować przejść resztę drogi na
piechotę. To już niedaleko. Najwyżej godzina drogi – stwierdził Ali.
- My nie damy rady? Jak nie damy jak damy! – odparliśmy i pożegnaliśmy naszego znajomego.
Mimo swoich widocznych na pierwszy rzut oka zalet, Ali miał tez jedną
wadę: słabe pojęcie o czasoprzestrzeni. Po trzech godzinach wędrówki
wciąż byliśmy w sercu gór, a obiecywanego ośrodka jak nie było tak nie
było. W zasadzie to w ogóle niewiele było. No może poza śniegiem i
wszechogarniającą mgłą.
Kierowani
przypływem zdrowego rozsądku postanowiliśmy zawrócić. I była to jedna z
mądrzejszych decyzji, bo jak się później okazało Dizin był jeszcze
daleko, a sam powrót nie okazał się wcale łatwy. Dopiero przed
wieczorem przemoczeni i zmarznięci dotarliśmy do mijanego rano ośrodka
Shemshak. Tam znaleźliśmy hotel, ulokowaliśmy się w ostatnim wolnym
pokoju i wyczerpani poszliśmy spać.
Dla twardzieli Shemshak...
Rano
przywitało nas bezchmurne niebo i mocne słońce. Okazało się, że
wczorajsza burza śnieżna, całkowicie odcięła Shemshak od cywilizacji.
Zasypana była nie tylko droga do Dizin, ale także ta łącząca oba
ośrodki z Teheranem. Nie pozostało nam więc nic innego jak wykorzystać
doskonałe warunki pogodowe i ruszyć na stok.
Shemshak to drugi co do wielkości ośrodek narciarski w Iranie.
Do dyspozycji narciarzy jest tutaj 6 wyciągów. Co nie jest rzecz jasna
liczbą imponującą. Narciarzy przyciąga do Shemshek 500-metrowa
„pionowa” ściana.
Na stoku dowiedzieliśmy się, że wczorajsze zaskoczyły nie tylko
drogowców, ale także obsługę stacji, która nie zdążyła wytyczyć i
przygotować tras. Nic nie szkodzi, bo i tak chcieliśmy pojeździć off -
piste. Warunki były do tego wprost idealne. Na stromych stokach leżało
ponad metr świeżego puchu. Istny narciarski raj.
Niestety wraz z odblokowaniem drogi z Teheranu na trasach stopniowo
pojawiały się grupki weekendowych turystów ze stolicy. Zaczęły tworzyć
się nawet 15 minutowe kolejki. Na szczęście jest ten problem poza
weekendami w zasadzie nie istnieje.
Dwa dni później drogowcom udało się odblokować drogę do Dizin. Postanowiliśmy to wykorzystać i wyjechać z Shemshak.
...dla pozostałych Dizin
Dizin,
jak zgodnie twierdzili wszyscy nasi rozmówcy, jest najlepszym i
największym irańskim ośrodkiem narciarskim. Jest tam kilkanaście
wyciągów, które mogą wywieźć narciarzy nawet na wysokość 3 500 metrów,
skąd roztacza się oczywiście niezapomniany widok na całą okolicę. Trasy
narciarskie są naprawdę dobrze przygotowane, a częste opady świeżego
puchu gwarantują wszystkim narciarzom świetną zabawę.
Swoją popularność Dizin zawdzięcza nie tylko rozmiarom czy doskonałym warunkom śniegowym, ale także urozmaiconemu poziomowi
Dizin warto odwiedzić także z innego powodu. Otóż jest to chyba jedyny
ośrodek w Iranie, w którym wciąż obowiązuje segregacja płci. Kobiety i
mężczyźni do wyciągów muszą stać w oddzielnych kolejkach! Do
przestrzegania tej zasady pilnuje wojsko. Przepis ten jest reliktem
przeszłości, kiedy to oddzielne były nie tylko kolejki, ale także trasy
narciarskie. Co ciekawe, dziś segregacja płci obowiązuje wyłącznie w
kolejkach do wyciągów. A w samej gondoli czy na krzesełku można już
jechać w towarzystwie mieszanym. Jaki jest więc sens tego przepisu?
Tego nie wie pewnie i sam Allah.
Podczas naszego pięciodniowego pobytu w Dizin zbadaliśmy chyba wszystkie trasy i z czystym sumieniem możemy go polecić wszystkim, nawet tym zupełnie początkującym. Dla nich najlepsza będzie centralnie położona nartostrada, która zaczyna się na 3200 metrach a kończy pod samymi drzwiami hotelu. Bardziej doświadczonym spodobają się pięknie eksponowane i bardziej wymagające trasy położone w najwyższych partiach gór.
Trochę egzotyki
Zdecydowanie największym minusem narciarskiego wyjazdu do Iranu jest niewystarczająca infrastruktura noclegowa. W obu ośrodkach, które odwiedziliśmy (Shemshak i Dizin) znajdują się łącznie tylko 4 hotele, a cena noclegu w dwuosobowym pokoju wynosi ponad 50 USD – zdecydowanie za dużo jak na oferowany standard.
Pobyt
w Iranie trzeba także okupić kilkoma dodatkowymi wyrzeczeniami.
Pierwszą sprawą jest kwestia ubioru. Wszystkie kobiety zobowiązane są
do noszenia skromnych, dokładnie skrywających ciało oraz włosy,
strojów. Na szczęście zimą przepis ten nie jest zbytnio uciążliwy.
Trudniej za to poradzić sobie z całkowitym zakazem sprzedaży i
spożywania alkoholu. Narty bez piwa? Co to za przyjemność? – zapyta
niejeden amator białego szaleństwa. Nie ma jednak wyjścia. No chyba, że
uda nam się coś przemycić z Polski albo kupić miejscowej produkcji
samogon. Warto jednak pamiętać, że w Iranie za picie alkoholu (i to nie
tylko w miejscach publicznych) grozi kara chłosty.
Właściwie można też zapomnieć o jakiejkolwiek rozrywce. Nie ma żadnych dyskotek, pubów, barów. Wyjątkiem jest chyba jedynie Dizin, gdzie można wybrać się do klubu bilardowego, pograć w ping-ponga, albo pojeździć na symulatorze wyścigowym. Cóż to jednak znaczy w porównaniu ze znaną z europejskich ośrodków machiną rozrywkową?
Parę słów o narciarzach
Zagranicznych
turystów spotyka się na stokach rzadko. A sami Irańczycy, wbrew
pozorom, są do obcokrajowców nastawieni bardzo przyjaźnie. Często
zagadują turystów chcąc dowiedzieć się skąd przyjechali i jak im się w
Iranie podoba. Szczególnie łatwo nawiązuje się kontakty podczas
dziesięciominutowego wjazdu kolejką gondolą. W czteroosobowymi
wagonikach można porozmawiać nie tylko na temat warunków śniegowych,
ale także spraw politycznych.
Jedną z najbardziej interesujących osób poznanych w gondoli był
Mohamed. Oprócz imienia niewiele łączyło go z typowym Irańczykiem.
Doskonale mówił po angielsku, a na nartach jeździł chyba na całym
świecie: w Australii, Stanach, Chile i oczywiście w Europie. Zaprosił
nas do swojej górskiej daczy, gdzie do dyspozycji gości było aż 8
sypialni i pełen zachodnich trunków barek...

Zoom
Skomentuj
Dodaj

nie chce tematu wprowadzać!!!