Narzędzia osobiste
Jesteś w: Start SportyGorskie.pl News Narty Nowości Bacówka czyli śmiertelnie mroźne poszukiwania

Bacówka czyli śmiertelnie mroźne poszukiwania

przez Paweł Ostatnio zmodyfikowane 2009-02-25 15:53
— w kategorii:
Akcje Dokumentu

Czy nas porąbało? 6.00 na dworcu, a przecież można by jeszcze smacznie spać w ciepłym wyrku.

 

Gdyby trzeba do pracy, to klęłoby się na czym świat stoi, a tu pokornie i w dodatku zadowoleni ładujemy się do pociągu jadącego w kierunku Zakopanego. Nie wszyscy zdążyli, szukamy się po przedziałach i wagonach. W końcu gromadzimy wszystkie narty w jednym miejscu. W Nowym Targu zakupy w "Antałku" i autobusem na Kowaniec. Stamtąd już tylko w górę.

W �niegu Dobrze, że mamy foki, bo w tym roku napadało tyle śniegu, że ciężko jest poznać okolicę. Głęboko zazwyczaj wcięte drogi zamieniły się w płytkie korytarze przebiegające pod drzewami. Dwóch kolegów, w tym Janusz podchodzi na wiązaniach tourowych. Inni jakoś dają sobie radę - niosą narty przypięte do plecaków lub usiłują podchodzić na zwykłych nartach zjazdowych z fokami, w zwykłych skorupach zamiast butów narciarskich. To właśnie razem z Januszem odkryliśmy "naszą" bacówkę. W zasapanych rozmowach przypominamy sobie tamten raz:

Jedna godzina do zmroku. Jesteśmy tutaj w zimie po raz pierszy. Za nami połowa sukcesu, ponieważ znaleźliśmy już schronienie na noc. Bacówka jest może trochę przewiewna, ale wygląda solidnie. Pół godziny później zadowoleni stalismy nad małym stosem drewna, które wywlekliśmy spod śniegu w lesie. O tym, że nie damy rady go rozpalić, przekonaliśmy się dopiero po chwili. Od noclegu w temperaturze zdecydowanie poniżej zera uratowało nas przypadkowe spotkanie. Było ich trzech, w znajdującej się poniżej w lesie bacówce gotowali herbatę. Już chwilę po tym, jak się oddalili, rozdmuchiwaliśmy pozostawiony przez nich żar. Przyjemne ciepło rozgrzewało wnętrze bacówki no i oczywiście nas. Zjedliśmy coś wypiliśmy gorącą herbatę i do śpiworów. Świt zastał nas już na nogach. Widać było mgły przelewające się przez przełęcz Knurowską, Tatry i najbliższe otoczenie bacówki. Wszystko to w głębokich odcieniach czerwieni i fioletu. Zjazd do Łopusznej wynagrodził nam wszystkie trudy związane z wynoszeniem nart. Od tego czasu jeździmy tam co roku, a z nami mniejsze lub większe grono znajomych.

Zimowe drzewa Po drodze wymijamy grupkę piechurów, którzy zgubili drogę w głębokich śniegach - wszystkim się poprawia nastrój. Tamci mieli jeszcze gorzej - żaden z nich nie ma nart. Tego roku śniegu jest wyjątkowo dużo a torowanie drogi z buta w śniegu po pas do najskuteczniejszego sposobu wypoczynku zaliczyć się nie da. No może psychiczny - nie masz siły myśleć. Niejeden z nas zna to z własnego doświadczenia. Kilka razy wychodziliśmy na "bacówkę" ze snowboardami, czy "turystycznie". A przecież wtedy naprawdę było mało śniegu. Docieramy wreszcie do schroniska na Turbaczu. W tym roku zamiast wchodzić po schodkach zsuwamy się do drzwi w dół - ilość śniegu iście rekordowa. Zamawiamy coś do jedzenia. Przy okazji pęka pojemnik z niedozwolonym środkiem i wylewa się 0,5 litra aromatycznego płynu, co miał skończyć w herbacie. Jednak św. Bernard, a może to duch jednego z jego psów sprawia, że worek jest szczelny i większość płynu daje się uratować. Oczekiwanie na Michała i jego znajomą skracamy sobie rozmowami i konsumpcją. Po jakiejś godzinie docierają do schroniska. Są trochę zmęczeni ale decydują się na kontynuowanie wycieczki. Mają odpocząć chwilę i ruszyć za nami. Michał dobrze zna trasę, a poza tym będą się poruszać po naszych śladach.

Przy bacówce Wyjeżdżamy ze schroniska i dajemy się skusić na kilka zjazdów na pobliskim wyciągu, ale godzinkę później szusujemy w stronę Hali. Droga dłuży się z powodu uciążliwego torowania w śniegu - miejscami do pasa. Nawet tam gdzie zazwyczaj zjeżdżamy mamy kłopoty z poruszaniem. Do bacówki docieramy przed zmrokiem. Na pierwszy rzut oka zdziwienie - jest jakaś mniejsza. Po prostu śnieg zasypał ją po dach. Żeby się dostać do drzwi musimy wykopać tunel przy pomocy nart i snowboardu kolegi. Kłopoty zaczynają się jak przychodzi do szukania drewna. O znalezieniu chrustu pod grubą warstwą śniegu nie ma co marzyć. Całe szczęście, wysokie gałęzie są przez to dużo niżej, i z nart można ich nałamać - tych co zwykle są tam wysoko w górze - wystarczająco dużo. Teraz juz nie mieliśmy takiego kłopotu z rozpaleniam ognia jak pięć lat temu. Ogień buchnął a my siedliśmy pod daszkiem, trochę nerwowo spoglądając na zegarki, bo Michała nie było widać a zaczął padać dość gęsty śnieg zasypując nasze ślady. Po kilku nerwowych telefonach nawiązaliśmy łączność. Przy okazji na mrozie wyładowały się dwa telefony. Było już prawie zupełnie ciemno, a Michał posuwał się po naszych śladach przy padającym śniegu.

Przy ogniu Tym razem również pomogło nam przypadkowe spotkanie. Trójka osób idących na nartach na Turbacz z Ochotnicy sprowadziła naszych zaginionych na dobrą drogę. Jak się póżniej okazało zmyliło ich inne niż zazwyczaj ukształtowanie terenu i zaczęli zjeżdżać o jedną polanę za wcześnie. Szczęśliwe zakończenie przygody uczciliśmy w bacówce przy buchającym ogniu i zapachu smażonego boczku. Tym razem przydały się nam telefony komórkowe, ale mimo wszystko odbierają one pewien element przygody.

Zimowa toaleta Spać się idzie jak się chce, będąc zmęczonym i nie mając do dyspozycji dużo światła chce się spać bardzo wcześnie. Jedenaście godzin snu nawet z nawiewem śniegu na twarz to wystarczy. O 6.00 rano wschód słońca nad Gorcami to coś wspaniałego. Poranna kąpiel w śniegu, herbatka, kanapka z konserwą i gnamy w dół. Bardzo lubię zjazd z Kiczory w stronę Łopusznej. Przejazd pięknymi polanami eksponowanymi na wschód, potem przez las i znowu polany. Znów kawałek lasu i polanka skierowana ku górze. Znaczy płaska, ale te 500 metrów przechodzi się z łatwością i potem lasem, drogą wiodącą w płytkim wąwozie, zasuwa w dół szlakiem. Wąwóz się kończy, szlak skręca w lewo, a my lekko w prawo i łąkami obok jeziorka, w tym roku niewidocznego gnamy w dół. Polana się zwęża, na końcu krzaki. Zasłaniam twarz i przelatuję przez nie w pędzie. Znowu trochę pustej przestrzeni. Szeroki pas wykarczowany z drzew trochę bardziej stromy nagle wypada na polanę zdradziecko przecinając drogę. Tu trzeba uważać. Spotykamy też szlak i już czas - jedziemy w dół z tendencją do "lekko w dół" na pstrąga w Łopusznej. Bo przy pętli miejskich autobusów jadących do Nowego Targu, jest ośrodek hodowli pstrąga. Część tych wspaniałych drapieżników została przez nas zjedzona. z całego serca polecam taki obiad.

Marcin Klag, Janusz Maniak  -  Foto: Janusz Maniak

Akcje Dokumentu
Podobne wiadomości
Powiedz nam jak sobie radzimy
Dziękujemy za wszystkie komentarze dotyczące naszych stron internetowych. Będziemy wdzięczni za wszelkie opinie dotyczące naszej działalności, które pomogą uczynić ten serwis lepszym. Prosimy o wybranie i zaznaczenie na liście odpowiednich punktów. Nie możemy obiecać, że odpowiemy na wszystkie opinie dostarczone tą drogą, ale na pewno przeczytamy je wszystkie.
Proszę zaznacz wszystkie punkty, które uznasz za uzasadnione