"Diabelska podróż" rowerem do Szwajcarii - część trzecia
Trzecia odsłona niezwykle barwnej relacji z wyprawy rowerowej przez wszystkie alpejskie kraje w wykonaniu duetu polskich turystów z Dolnego Śląska.
.jpg)
Robimy zakupy, obiad, kąpiel, siku, pieścimy puszystego kota, karmimy ptaszka, ratujemy puszczającą łatkę w moim kole, zwijamy obóz, płacimy za 2 noclegi żegnając się z właścicielem i – ufff... udaje nam się o 17-tej wyruszyć. Cel – Szwajcaria. Tuż za miastem zadzieramy wysoko głowy. Daleko w górze stoi niesamowita, wysoka na jakieś 80 m, pionowa ściana czoła kolejnego lodowca. Cóż to za zaklęta szklana góra? Zaczyna się wspinaczka. Droga sześcioprocentowym nachyleniem wije się wzdłuż grzbietów i urwisk, by po 6-ciu km wprowadzić nas na 1461 m wysoką przełęcz Montes. Pamiątkowe zdjęcie, 5 minut odpoczynku i zaczyna się szaleńczy zjazd. 60km/godz jest normalką i tylko włos mi się jeży na myśl, gdzie wyląduję, jak gwałtownie puści mi łątka w kole, i to przednim. „Po wzlotach są upadki, po upadkach wzloty” - i tak nas buja ta górska huśtawka - jeśli by to poetycko ująć. Lecz tu nie ma poezji, gdy za chwilę prędkość nam spada do 8-9 km/godz. i znów się wspinamy. I tak do wieczora trwa ta karuzela i może by trwała dłużej (do nocy?), gdyby Diabeł gwałtownie nie zahamował, wskazują ręką na lewo.
- Czy ty widzisz, to, co ja?
Widzę, i to nie jest fatamorgana. Lekko w dole stoi śliczny domek z wielkim zadaszonym tarasem i zieloną, równą jak stół łączką wokoło. To nie prywatna posesja, duża tablica głosi - „Miejsce biwakowe dla zmęczonych cyklistów z Polski”. To oczywiście żart. Domek okazuje się zamkniętą w tej chwili stacją turystyczną, lecz na tarasie stoją stoły i ławy, a obok namiocik przybity do drewnianej podłogi. Dwóch facetów rozgościło się tu wygodnie zajadając pachnącą kolację. Odkrywamy gniazdo z prądem (!) i zlew z ciepłą wodą - to kuriozum w tej komercyjnej enklawie Europy, wszak jesteśmy już w Szwajcarii, a pamiętamy jeszcze lekcję na campingu z ubiegłego roku. Dach nad głową, prąd i gorąca woda za darmochę - miejsce na biwak jak z bajki! Pozdrawiamy Francuzów, którzy rozpalili pod stojącym tu grillem i zapraszają do korzystania. Rozbijamy namiot na trawie i robimy królewską kolację z pieczonymi na ogniu bułeczkami włącznie. No, dziś to brakuje nam tylko flaszki! Nic nas nie martwi, ani ciemne chmury, ani zimny wiatr, ani nawet 10 stopni ciepło-zimna. Jest bosko.
A ranek będzie tak zimny, że wygoni nas o rekordowej 6-tej godzinie z namiotu. Jakie błogosławieństwo gorącej wody! Trzeba zapamiętać – to gniazdko jest 7 km za przełęczą Montes na drodze do Visp – punktu zwrotnego na szlaku do króla Alp, Matternhornu. Żegnając się zauważymy jeszcze, że doszły w nocy 2 namioty, na tarasie.
Pełni optymizmu mocno ciśniemy pedały, bo droga coraz bardziej stromo wije się w górę. Pogoda idealna i po 4km stopujemy na przełęczy Forclaz, 1528 m n.p.m. Krajobraz wzdłuż drogi dosyć monotonny, a to głównie za sprawą lasów, które skutecznie przysłaniają widoczność i tylko co jakiś czas otwiera się okno na strome hale i łańcuchy dalekich szczytów. To już 8-my dzień wyprawy i musimy mocno gonić, by zmieścić się w planie. Z przełęczy pędzimy na złamanie karku 14km do Martigny. Las ustąpił, drga serpentyną szatkuje zbocze i mrowie małych domków zmienia się w duże miasto, otoczone zielonymi winnicami. Rowerzystów spotykamy rzadko, najczęściej kolorowych kolarzy mozolnie kręcących zadane na dziś lekcje. Dobry zwyczaj pozdrawiania się znad pedałów funkcjonuje tak samo, jak w większości Europy, choć i u nas też się przyjmuje. Za to łezka kręci się w oku, gdy po raz kolejny doświadczamy uprzejmości kierowców, o czym zresztą już pisałem. Dojeżdżamy do malowniczego miasteczka Sion. Już z daleka widać 2 wzgórza, górujące nad domami, zwieńczone ciekawymi budowlami. Robimy szybką rundę zwiadowczą i krętymi uliczkami dostajemy się do centrum, skąd lekko w górę podjeżdżamy pod wyniosłości. Na lewym, mocno zielonym rozłożyły się ruiny twierdzy otoczonej zębatym murem, na prawym, całkiem skalistym i jeszcze bardziej wyniosłym piętrzą się budynki klasztoru, widać bardzo starego. Otaczają go kamienne mury z basztami, gdzie oprócz krzyża stoi maszt z narodową flagą. Te flagi w Szwajcarii są wszędzie, ot dumny naród i patriotyczny. Do Visp docieramy o 16-tej. Zatrzymujemy się chwilę na potężnym moście opartym na kamiennych łukach, a przerzuconym nad głębokim na 125 m kanionem ze spienionym potokiem. To „Most samobójców” – jak głosi tablica. Ciekawy zabytek. Obok na cokole na wieczny spoczynek postawiono malutki parowozik starej górskiej kolei. Też ciekawy zabytek.
Zaczyna się wyrypa i ostatnie 33km do wielkiego celu numer 2. Robi się coraz piękniej i góry znów rosną w oczach, a także pod nami. Visp jest na 700 m wysokości, Zermatt 1620 - i tą różnicę trzeba połknąć. 10% podjazdu i śnieg coraz częściej zalegający szczyty. Każdy kolejny zakręt odsłania nam widoki marzeń, bo góry po obu stronach drogi biegnącej wzdłuż rzeki Matter Vispa, coraz wyżej ranią niebo i ich czarne, pocięte śnieżnymi żlebami wierzchołki pną się powyżej 3000 metrów, a po paru kilometrach sięgają czterech. Mijamy małe miejscowości otulone tą znaną nam wysokogórską atmosferą i z tymi kościołami strzelającymi w niebo wieżą-włócznią. Często podjazd wzrasta do 12% i niejedno przekleństwo nam się wyrywa, mimo, że pogoda sprzyja niezwykle. Małe chmurki, co rusz przysłaniają słońce, urywając się w pośpiechu z najwyższych wierzchołków. Asfaltówka robi się bardzo wąska i wije jak wąż wzdłuż rzeki, zmienionej teraz w rwący potok. Pojedyncze, z drewnianych bali chatki patrzą małymi okienkami, a spotykamy je na każdym kilometrze. Na zielonych halach wspinających się do podnóży skalnych kolosów widać białe punkty owiec, a może to lamy? Mija 124-ty kilometr trasy i po prawej ręce dostrzegamy pierwszy lodowiec. Jego czoło schodzi prawie do rzeki, a chowające się za góry słońce krzesi iskry na niebieskim lodzie. Stoi też tu mała szopa-bacówka, chyląca brzemieniem starości swoje ściany ze sczerniałych, wysuszonych grubych desek. Postanawiamy tu zanocować. Wejście z przodu jest zawarte, ale otwór z drugiej strony na dwóch metrach wysokości, po przystawieniu szerokiej deski-trapu, nie stanowi dla nas problemu. W środku sianko i w miarę ciepło. Rozkładamy śpiwory i jest sielsko-anielsko.
Aaa, uuu, brrr, uff – budzą mnie z rana dziwne dźwięki. To Diabeł zażywa kąpieli w menażce (mój patent), poczym napełnia słoik skroplonymi snami. Na belce stoją 3 pełne z nocnej zmiany.
- No Markizie, jest bosko i ciepło w tym strasznym dworze, lecz na zewnątrz 11 gradusów, wystawiłem termometr. Wstawaj szybko, KRÓL czeka!
Wyskakuję jak sprężyna, bo dziś jest dzień ważny. Staniemy przed bodajże najpiękniejszą górą świata, a na pewno Europy. Ta wysoka na 4478 m piramida stoi samotnie w sporym oddaleniu od zwartego łańcucha czterotysięczników masywu Monte Rosa. Miasteczko Zermatt u jego stóp, to mekka turystyki górskiej, alpinizmu i narciarstwa. Stąd, podobnie jak w masywie M Blanc, wychodzą dziesiątki kolei i setki wyciągów na trasy narciarskie i wspinaczkowe. To gigantyczny raj dla fanatyków gór, to fantastyczna kraina skał, lodowców przepaści i wiecznych śniegów. Już o 9-tej jesteśmy w Tasch, małym miasteczku składającym się głownie z parkingów, bo tu zaczyna się strefa pełnej ekologii. Samochody zostają i dalej do Zermatt tylko pieszo, konno, zaprzęgiem, balonem, rowerem, bądź koleją elektryczną. To nazywa się ochrona przyrody! W tym całym wielkim obszarze o powierzchni małego województwa jedynymi pojazdami są elektryczne lub konne, choć widziałem też psy, a nawet osła pod siadłem. Szwajcarzy mogą, a my? Czy u nas trzeba dupę podwozić autem prawie na krzesło wyciągu? Stromym podjazdem dojeżdżamy do miasteczka. Po drodze mijają nas 2 śmieszne, elektryczne samochodziki, a na rogatkach stoi policja w takimż radiowozie. Jest zupełnie cicho i powietrze jak kryształ. Robimy pamiątkowe zdjęcia przy tablicy miasta i nasz złakniony wzrok biegnie w górę. Matterhorn widać stąd jak na dłoni, lecz niestety, szczyt piramidy jest w chmurach. Czy szczęście pogodowe nas opuściło? Chmur jest teraz dużo, a nam się marzy spojrzeć na króla z bliska, tak jak niedawno na królową M Blanc. Jest taka możliwość ze szczytu tzw. Małego Matterhornu, który, podobnie jak Midi, ma 3883 m w pionie. Prowadzi tam oczywiście kolej linowa, lecz bilet jest tak drogi, że ma to sens tylko przy dobrych warunkach, gdy olbrzyma widać w całej krasie.
Szybko znajdujemy camping i lokujemy się za 11 franciszków za noc od łba. Jest tu stołówka z kuchnią, łazienka i zielona trawka. Ciągnie nas w góry, lecz chmury zeszły na 3,5-kilometrowy pułap i najwyższych szczytów nie widać. O 16 jest ostatni wjazd kolei, więc czekając na klar pogodowy, ruszamy „w miasto”.
A jest to prawdziwa perła! Główny plac otoczony stylową drewnianą zabudową, aż kipi od roju turystów. Podobnie jak w Chamonix, cały świat, a raczej cała Japonia zjechała tu, by wypstrykać i sfilmować każdy centymetr sześcienny przestrzeni, tej obok i tej dalszej. Szerokim łukiem stoją małe bryczki z woźnicą na koźle, obok prawdziwe karety z przeszklonymi gondolami na drewnianych kołach, a konie biją kopytami w błyszczącą kostkę, gotowe w każdej sekundzie do startu. Cicho suną elektryczne taxi w formie małych pudełek, lub całkiem sporych minibusów. Są też normalne autobusy, oczywiście na prąd stały. Z parasoli letnich kawiarenek unosi się zapach pyszności, a stada wróbelków bez żadnego respektu uwijają się między nogami ludzi i zwierząt. Z długich rzędów drewnianych balkonów (tak jak zresztą wszędzie w Alpach), wylewają się zagony przepięknych, bujnych, wielokolorowych kwiatów i to praktycznie na każdym budynku. Szybko pniemy się pustymi rowerami główną, zapchaną tłumem ulicą, by jak najszybciej dotrzeć do stacji kolei linowej. Musimy jednak stanąć na moment przy tablicy z brązu na fasadzie hotelu „Monte Rosa”. W okrągłym wieńcu laurowym umieszczono płaskorzeźbę Edwarda Whympera, pierwszego w 1861 roku zdobywcę Matterhornu. Postać ta darzona jest tu wielkim szacunkiem, ma swój dział w Muzeum Alpejskim, jego imieniem nazwano znaną piwiarnię i restaurację. Nie możemy też nie zwrócić uwagi na rzeźbę koziorożca stojącą na skalnym piargu, czy na liczne źródełka tryskające kryształową wodą z rurek wmontowanych w fantazyjne rzeźby. Jesteśmy przy stacji i znów spoglądamy na olbrzyma. Chmury zeszły niżej i już zakrywają 1/3 góry. A wielka szkoda, bo Matterhorn jest zjawiskowy! Tu, od Szwajcarskiej strony, ta piramida jest wielkim ostrosłupem o płaskiej, z całkiem nagiej skały przedniej ścianie i ostrym, w kształcie grotu czubem przewieszonym nad całością. Śnieg zalega tylko w dolnych partiach, bo wyżej nie ma szans. Od strony włoskiej, piramida przypomina z kolei mnicha w spiczastym kapturze. Ta wielka samotna skała ma blisko 2km wysokości od podstawy! Nie kryjemy wzruszenia, że udało nam się stanąć tak blisko tego cudu natury, wzruszenia, podobnego do odczuć ongiś z dalekiego Kaukazu. Nie ma tłumów chętnych na wjazd w górę, są za to narciarze, którym szczerze zazdroszczę (sam jestem zapaleńcem), mimo iż śmiesznie wyglądają zakuci w skafandry i rękawice, w tej całkiem letniej scenerii tu na dole. Mapa terenów narciarskich może przyprawić o zawrót głowy, a cały ten raj (właśnie rajem nazywają się poszczególne tereny zjazdowe, np. Rothorn paradise, Sunnegga paradise itp.) rozciąga się u stóp dziewięciu czterotysięczników, że wspomnę tylko o Dufourspitze 4634 m, Liskamm 4527 m czy Allalinhornie, 4027 m, stojącym 20 km od króla Matterhorna. Jeszcze raz spoglądamy w niebo – nie widać szans na poprawę, może więc jutro? Będziemy czekać!
Cały Zermatt położony jest wzdłuż rzeki rwącej głębokim korytem i rozciąga się tarasami po zielonych, szybko mknących w górę zboczach. Drewniana w większości zabudowa pocięta jest siecią malutkich uliczek, a im wyżej zapuścisz się w górę oddalając od centrum, tym szybciej czas idzie do tyłu. Wśród domostw z grubych bali zbudowanych, stoją na kamiennych słupach drewniane chaty bez okien, ze spadzistym dachem i wrotami pordzewiałą kłódą zamkniętymi. Prawdopodobnie są to spichlerze i wyglądają na bardzo stare. Czemu są na „nogach”? Chyba, by utrudnić życie gryzoniom, a może to sprawa wilgoci? Zagłębiamy się w te uliczki i zaułki - i z każdą minutą nasz zachwyt rośnie. To już zupełny skansen, a przecież tu normalnie mieszkają ludzie. Nadal nie ma szans na podziwianie gór z powietrza (już wiemy, że od 3000 m jest mleko), postanawiamy więc łyknąć tego piękna z dołu. Cała infrastruktura masywu pocięta jest siecią pieszych szlaków, którymi można podejść pod szczyty lub lodowce. Wybieramy drogę w stronę lodowca Gabelhorn spływającego z czterotysięcznego Ober Gabelhorn dobre 4km w dół do Unter G. na wysokość 3392 m. Najpierw szlak prowadzi nachyloną 5%, szeroką aleją szutrową, którą zresztą pieszo (nie spotkaliśmy rowerów, ciekawe) sunie sporo turystów, by potem rozwidlić się na kilka kierunków. Oznakowanie wyśmienite, tu nie można zabłądzić! My musimy dotrzeć do osady Zmut na 1936-ciu metrach wysokości i dalej do Chalbermaten o kolejne 500m wyżej. Jest więc prawie kilometr do połknięcia w pionie. Już znikły nam zabudowania Zermatt i zaczęła się karkołomna wyrypa. Ambitnie kręcimy na pieszym szlaku o pochyle blisko 20%! Trzeba lawirować między rozrzuconymi głazami, a koła buksują momentami w luźnym szutrze. Ścieżka, co jakiś czas prowadzi brzegiem zbocza, a pół metra dalej zionie przepaść. Wokół zielona trawa i niskie krzewy wychodzące ze wszelkich możliwych szczelin, rozstępów i mini łączek między spiętrzonymi skałami. Są miejsca gdzie trzeba rower prowadzić, bo dukt wije się pokrętnie między blokami, lub wspina na wysokie progi. Chwila odpoczynku na ławeczce (tak, tak, jednak cywilizacja) i dojeżdżamy do zabudowań. Otwiera się wolna przestrzeń sporej hali z rozrzuconymi domkami pasterzy, jest też małe schronisko z pustą knajpką na zewnątrz. Znowu 20% podjazdu i wspinamy się w coraz dzikszym terenie. Już otaczają nas potężne góry, widzimy Wellenkupp, 3903 m, o który ociera się lodowiec, a w dalszej perspektywie znacznie już bliższy, spowity chmurami Matterhorn. W odległości ok. kilometra od czoła robimy postój podziwiając ten krajobraz, wdychając sterylnie czyste powietrze, wciągając zapach łąk alpejskich i zimny oddech dalekiego lodu. Zostawiamy rowery i próbujemy podejść pieszo, lecz szybko okazuje się to bardzo trudne. Nie ma dalej szlaku, drogę zastępują rozpadliny i potok, potem trzeba by się wspinać na wielometrowe progi i ścianki. Kończymy zatem ten etap. Powrót, to prawdziwy downhill. Hamulce parują, a siedzieć trzeba prawie na tylnym bagażniku, by nie fiknąć kozła przez przednie koło.
Stajemy przy rozwidleniu ścieżek i korci nas pociągnąć jeszcze do Czarnego jeziora, perełki leżącej na 2583 metrach, skąd zaczyna się bezpośredni szlak do stóp Matterhornu. Na wysokości 3260 m dla zwykłych, choć bardzo zaprawionych i ambitnych turystów droga się kończy i dalej już tylko liny, raki, czekany oraz modlitwa o szczęśliwy powrót. Puszczamy się w tym kierunku, lecz nie na długo. Droga robi się strasznie trudna, nawet dla pieszego, a w dodatku słyszymy dalekie pomruki burzy. Więc my, też jak burza, spadamy do Zermatt. Już się ściemnia, gdy schowani pod okapem domu na przedmieściu z zachwytem (ale i obawą) patrzymy na błyskawice oświetlające szczyty. Fantastyczny i groźny spektakl. Pomruki i grzmoty wielokrotnym echem odbijają się od skał. Zaczyna kropić. Wraca klątwa? Próbujemy sobie teraz wyobrazić, że jesteśmy na czubku Króla. Burza zapewne jest poniżej i dywan chmur rozbłyska upiornie niebieską poświatą błyskawic, a grzmoty tańcząc stukrotnym echem w załomach skalnych, wspinają się na trzystumetrowy przewieszony wierzchołek. Widzieliśmy tutejszy cmentarz, jest tam sporo grobów ofiar gór, Matterhornu też. Planowaliśmy zostać w Zermatt 2-3 dni, teraz może to wziąć w łeb, bo deszcz zmienia się na ulewę, w takt której próbujemy zasnąć. I będzie tak padać noc całą. I nie da się nosa wysunąć z namiotu, aż do 10-tej rano. Gdy w końcu go wysuniemy, ciarki nam przejdą po grzbiecie. Znikną nie tylko góry, lecz i najbliższa okolica campingu, łącznie z budynkiem i częścią namiotów. Chmury zejdą na 1620 m, albo i niżej. Będzie lać i żadna z naszych modlitw nie rozgrzeszy nieba do późnego południa.
c.d.n.
Statystyka:
czas wyprawy - 2x15 dni
dystans łączny - 2180 km
czas jazdy rowerem - 23 dni
średni dystans dzienny - 94,8km
maksymalny dystans - 145 km
odwiedzane kraje - Czechy, Niemcy, Austria, Szwajcaria, Francja, Lichtenstein
Uczestnicy:
R de Teisseyre - fizyk Politechniki Wrocławskiej, członek DTC Wrocław, wyprawy rowerowe od 1996 r., m. in. - Hiszpania i Portugalia, wokół Bałtyku, Krym i Kaukaz, Skandynawia, Alpy. E-mail: rteisseyre@poczta.onet.pl
Ryszard Grześkowiak - nauczyciel z Piły, wyprawy rowerowe jak wyżej. E-mail: rysiekzpily@interie.pl

Zoom
Skomentuj
Dodaj
