Narzędzia osobiste
Jesteś w: Start SportyGorskie.pl News Rower Turystyka "Diabelska podróż" rowerem do Szwajcarii - część pierwsza

"Diabelska podróż" rowerem do Szwajcarii - część pierwsza

przez Administrator Ostatnio zmodyfikowane 2009-11-17 13:21
Akcje Dokumentu

Przedstawiamy pierwszą część niezwykle barwnej relacji z wyprawy rowerowej przez wszystkie alpejskie kraje w wykonaniu duetu polskich turystów z Dolnego Śląska.

 

 

Jest dziś ciepły, wrześniowy wieczór. Ten miesiąc w tym roku bardzo nas dopieszcza wręcz letnią aurą, zupełnie nie pasującą do jego poprzednika sierpnia, który był niesamowicie rozkapryszony, jak złośliwy bachor. Ja tymczasem znów siadam do pisania wspomnień, ściskam pióro, wytężam pamięć i wertuję notatki. W ciepłym pokoju wyciągam nogi daleko pod biurko i wchłonąwszy łyk mocnej kawy porządkuję w głowie i na papierze kalejdoskop kolejnych przeżyć i przygód minionego lata. A wszystko zaczęło się od radosnego pomysłu mojego przyjaciela Diabła (zapewne jest dobrze znany czytelnikom z poprzednich opowiadań), który po kompletnym zaniku entuzjazmu do dalszego podróżowania rowerem, nagle odzyskawszy dawny wigor, pewnego dnia rzuca groźne, lecz krótkie hasło – „Alpy!” Ja z kolei przypominam sobie nasze stare motto i...nie ma innej alternatywy – jechać znów trzeba!
Łatwo rzec, trudniej zrobić. Alpy to poważne wyzwanie, nie wystarcza tylko doświadczenie, hart ducha i ciekawość świata. Tu trzeba się będzie przygotować nawet solidniej, niż do poprzedniej, skandynawskiej wyprawy. Sprawdzone doświadczenia sprzętowo-jedzeniowe z poprzedniego roku możemy wprost zastosować w nowej ekspedycji, ale kondycję trzeba zdecydowanie polepszyć.

Sprawdzian generalny jak zwykle robimy w pierwszy weekend maja dla uczczenia święta pracy i konstytucji. Pogoda jest bezlitośnie zła i wyruszam na zaplanowane spotkanie z kumplem swoim niezawodnym rowerem w strugach deszczu i 11 stopniach ciepła, a raczej „ciepłozimna” (nomenklatura z ostatniej wyprawy). 180 km szybkiej i trudnej jazdy bocznymi drogami z Wrocławia do Zielonej Góry kończę z bólem w obu kolanach. Podobne dolegliwości ma Diabeł i oboje rzucamy przekleństwa przy każdej zmianie pozycji z siedzącej na stojącą i odwrotnie. Chyba był za duży wysiłek bez przygotowania, bo żadnych większych wyjazdów wcześniej nie robiliśmy, ze względu na pogodę też. Na powrót wybieram prostszą trasę, ale i tak te 165 kilosów kończy się silnym bólem lewego kolana. Czyżby coś się popsuło? Robię miesiąc przerwy w jeździe, lecz następna próba na etapie do Kotliny Kłodzkiej nie napawa optymizmem, ledwo wracam do Wrocławia. Czyżby koniec wypraw? Pisałem już kiedyś, że moc leży nie tylko w ciele ale i w psychice. Wizyta lekarska nic nie wyjaśnia, fizycznie wszystko jest w porządku. Siadam więc któregoś dnia w pozycji lotosu i skupiając myśli w wielką pozytywną piramidę, intensywnie prowadzę dialog z własną słabością. Potem ponownie czytam wspomnienia Tadzia Piotrowskiego (wielki alpinista i wspinacz), znowu lotos i dialog, a w końcu daję i na tacę.


Zaczyna się ciepły lipiec. Do planowanego startu zostało 22 dni i ostatnia szansa na decyzję o wyprawie. Wsiadam na siodło i schodzę z niego dopiero na wierzchołku góry Ślęży. 90 kilometrów szybkiej jazdy, 400 metrów wspinaczki w pionie i... o radości zwycięstwa – kolano nie boli! Powtórka tydzień później i znowu nic nie czuję. Ładuję więc rower do auta i pędzę do Karpacza. Zaczynam etap 5 km przed miastem, wysiadam przed świątynią Wang wysoko w górze i nadal jest dobrze! Jednak to jeszcze za mało. Wspinam się stromą, kamienistą drogą do schroniska Samotnia, potem do Strzechy Akademickiej i dalej krętym, zupełnie nie nadającym się na moją maszynę (trekking, nie góral), pieszym szlakiem pod Śnieżkę i – kolano nadal nie chce boleć! Jeśli ktoś chodził kiedyś tymi szlakami, to powinien mieć pojęcie, jaki to może być wyryp na rowerze. Na dzień drugi robię jeszcze parę górskich szlaków i mogę sobie teraz powiedzieć – veni, vidi, vici – jadę na spotkanie z Mount Blanc! Oczywiście tak ambitny plan raczej niemożliwy jest do realizacji w zaplanowanych trzech tygodniach, bo tylko tyle czasu ma Diabeł w tym roku. Chcemy zobaczyć przynajmniej sławny Matternhorn, a wyruszyć tam z Wrocławia i po przecięciu Czeskiej ziemi przemierzyć Alpy Bawarskie rowerową drogą Innradweg. Następnie przeskoczyć Austrię, zobaczyć Innsbruck (w myśl hasła: ”rowerem do miast olimpiad zimowych”) i dotrzeć dalej przez Alpy Tyrolskie na trudny szlak do Zermatt. Szlak ten od granicy w Martinie przez Such, Davos, IIlanz i Visp jest jedyną drogą w południowej Szwajcarii prowadząca w najwyższe Alpy, a okraszoną kilkoma sławnymi, trudnymi i wysokimi ponad 2000 metrów przełęczami. Jak się uda, dotrzeć do Chamonix we Francji i dalej przez Bazyleję do Niemiec. Wiele już razy czytałem o alpejskich wyprawach. Faktem jest, że wszystkie szlaki zostały już praktycznie rowerem przetarte, jak i to, że wielu decyduje się zmierzyć z potęgą tych gór i poznać je z perspektywy siodełka i kierownicy. Ale faktem też jest, że w Alpy rocznie ciągną miliony ludzi, lecz na rowerach jest ich co najwyżej setki.
 
                                                TROPIKALNE KOPCE
 
W dniu Święta Odrodzenia dawnej ojczyzny ludowej, startujemy z progu domu do nowej przygody. To jest gorący lipiec, już o 8-mej rano jest 25 stopni ciepła. Szybko na koszulkach pojawiają się ciemne plamy potu, tak z przodu, jak i z tyłu rozlewając się od szyi w dół. Dosyć prędko ucieka polska szosa spod kół, lecz równie szybko rośnie temperatura. Już w okolicach Wałbrzycha termometr pokazuje 34 stopnie, a pochyłomierz 5% podjazdów. Nasze piękne Karkonosze drgają w rozpalonym powietrzu jak pustynny miraż, a sunąca wolno w odległości 20-tu kilometrów Śnieżka pokryta jest niebieskim nalotem skwaru. Jest bardzo ciężko, z trudem łapiemy powietrze, a świadomość że mamy tylko 3 dni, by według planu osiągnąć granicę niemiecką, odbiera nam wszelkie pozytywne emocje. Tempo jest niewysokie, niemniej w pewnym momencie bolesny skurcz lewej nogi wyrzuca mnie wręcz z siodła. Czyżby powrót kontuzji? Jednak nie, po chwili ból mija i już nigdy nie powróci. 128 km etapu okupione jest wielkim wysiłkiem, ale już nocujemy w lesie na CZESKIEJ ziemi.

Nikły chłód poranka daje iskierkę nadziei na normalną jazdę, ale gaśnie ona szybko, gdy w południe jest już 34 stopnie C. Mijamy Trutnow i mozolnie połykamy czeskie kopce, które rosną jeden za drugim, jak wydmy na Saharze i tak samo są gorące. Przy każdej okazji moczymy czapki i głowy, a w gardziele wlewamy litry wody mineralnej, która piorunem zmienia się w ciepłą posokę, w prażonych słońcem butlach. Te kopce wcale nie wyglądają na prawdziwe góry, to raczej mocno pijany krajobraz pląsający zaskakującymi i gwałtownymi podjazdami wyskakującymi niespodziewanie za kolejnym zakrętem. Enklawy lasu, dość gęsto rozsiane na tym terenie nie dają zbawczego oddechu od słonecznego ognia, bo ciężkie powietrze zamknięte parasolem złudnego cienia podziurawionego strzelającym przez liście i konary słońcem, trzyma temperaturę jak termiczna izolacja. Myśli, w rytm mozolnego kręcenia pedałami, automatycznie cofają się do wspomnień rumuńskiego piekła na sławetnej wyprawie na Kaukaz. Tam wprawdzie przez 2 dni było 39 stopni w cieniu, lecz klimat znacznie suchszy, choć podjazdy takie same. Poruszamy się w tempie mrówek na miodzie, co szczególnie złości Diabła, jako że nie znosi on upałów i gór w bezpośrednim połączeniu. Na dobitkę odnawia mu się kontuzja kolana, co jeszcze bardziej ślimaczy nasze żółwie tempo, lub jak kto woli, odwrotnie. Trzeba robić częste przystanki, jak przy wspinaczce w rozrzedzonym powietrzu, lecz największe niebezpieczeństwo tych postojów objawia się niepohamowaną wręcz chęcią schłodzenia gardła zimnym piwem, które jak powszechnie wiadomo, dostępne jest tu na każdym kroku i kroczku. Wleczemy się wprawdzie bocznymi drogami, ale i tak miasteczek i wiosek jest tu sporo, więc tyleż samo i pokus. Jednak chłodzenie się piwem jest bardzo zdradzieckie. Po krótkiej euforii dopada cyklistę znużenie, apatia, parowanie przez skórę i postępujący jazdowstręt. Pomni na to, na piwo decydujemy się zawsze (choć są wyjątki), dopiero na krótko przed planowanym noclegiem i nie chodzi tu oczywiście o jakąś policję. A dziś właśnie na ten przykład, siedzimy w Kolin przy stoliku i wchłaniając złoty nektar zastanawiamy się już po raz setny nad odwiecznym dylematem cyklisty, co jest gorsze – piekło upału czy topiel deszczów?? Dziś w namiocie jest tak duszno, że postanawiamy zdjąć tropik, lecz nagle zaczyna bębnić deszczyk! Nie przynosi on jednak upragnionej ochłody, za to nagania stada komarów, które zapewne chcąc sucho zjeść kolację, wszystkimi szparami wciskają się do sypialni.


Kolejny dzień nie przynosi żadnej ulgi, wręcz przybywa ciepła a ubywa kilometrów nakręcanych dziennie, mimo niezmiennego czasu wysiadywania siodełka.
 - Prędzej nam się z jaj wyklują pisklęta, niźli przemierzymy czeską ziemię w planowanym czasie – kwituje moje niezadowolenie z tempa mój niezłomny towarzysz. Żadna siła nie jest w stanie przyśpieszyć jazdy lub skrócić postoje. A kopce piętrzą się coraz mocniej, zmieniając się w okolicach Taboru w regularne góry, do Sowich podobne. Nie zachwycamy się tu pięknem krajobrazu, bo nie ma tu nic specjalnego sycącego oczy, z wyjątkiem słonego potu i miłych, cichych miasteczek w klasycznym czeskim, czyli pepickim stylu.
Przez wszystkie poprzednie wyprawy (ta jest 5-ta) na ty byliśmy z przystankami autobusów, bo często to one służyły za stołówkę, schronisko-przytulisko, daszek ostatniej nadziei i wyznaczały klimat oraz styl danego kraju. Na wschodzie były one historyczno-blaszane ze śladami wszystkich zakrętów epoki, na północnym wschodzie czysto sokrealistyczne, na zachodzie ambitne i sterylne, na południu kiczowato-artystyczne, a tu po prostu obskurne i zaniedbane, do tego z dziurawymi ławkami. Nie korzystamy raczej z tych enklaw, próbujemy coś pichcić na przydrożnym murku, ściętym pniu drzewa, samotnej ławce, kawałku murawy czy płaskim kamieniu, jednym słowem – pełna traperka. Dziś sprawdzałem ile metrów w pionie wjechaliśmy pod górę, czyli tak zwane przewyższenie. Wyszło 1005, czyli niby nie tak dużo (oczywiście w odniesieniu do ekstremalnych wyczynów), ale nie radzę nikomu robić takiej wspinaczki przy 36 stopniach w cieniu i 35-ciu kilogramach bagażu na maszynie.   
  
Mimo usilnych starań nie udaje nam się wstawać zbyt wcześnie, tzn. przynajmniej o 6 rano. Ciemność nocy nie chłodzi zbytnio powietrza, które fizycznym wręcz ciężarem przytłacza nam oddech, choć jak wiadomo, gaz rozgrzany powinien być lżejszy. O godzinie 7 minut 30, gdy z trudem czołgamy się z namiotu jest już 30 stopni ciepła. Łapiemy powietrze jak ryby na lądzie, co raczej powinno być objawem dużej wysokości, a nie czeskiego pagórka, choćby i piekielnego. Niezmienny krajobraz wokoło drga i marszczy się mirażem parującej ziemi prażonej kolejny dzień trzydziestosześciostopniowym biczem. Diabła znów boli kolano, więc siadamy pod przydrożnym krzyżem, by w cieniu rachitycznego drzewka wzmocnić się kawą i pomodlić o siły. Dziś, według planu w południe powinniśmy wjechać do Niemiec, ale nie ma o tym mowy. Mija czwarty dzień i jest już jeden opóźnienia względem planu, to duży procent! Udało mi się dziś wreszcie trochę pośmiać, widząc jak kumpel zmienia się na chwilę w kloszarda w krótkich gaciach. Po szybkich zakupach w markecie, chyba za sprawą upału - wyrzuca on do śmieci razem z papierami resztę czeskiej forsy. Orientuje się dopiero po pewnym czasie i gwałtownie grzebiąc w koszach, systematycznie filtruje ich zawartość. Wygląda to niezwykle zabawnie, ale korony znajduje. Kolejnym skutkiem żaru jest amok piwny, jakiego dostaje mój przyjaciel. Nie może o niczym innym myśleć, jak o zimnym piwie i tylko piwie. Żadna mineralka, kefir, lemoniada, cola czy moja dobra rada! Bez zimnego piwa nie jest zdolny do egzystencji w tropiku i basta. I nieważne, że przy różnych okazjach, gdzie właśnie ze względów towarzysko-sytuacyjnch należało pić piwo, on z trudem zmuszał się do jednego kufla. Dzień powoli się kończy, a my nadal mamy górską kolejkę, bo garb goni garba, a siodła ciągną się w nieskończoność. Długą serpentyną wjeżdżamy na 870 metrów, lecz potem w nagrodę jest zjazd i aż 3 postoje na piwo. Ostatecznie lądujemy dziś z noclegiem tuż koło cmentarza na wysokiej skarpie, a Diabeł ciągle w nienasyconym amoku, piechotą pędzi do wsi na kolejny kufel.
Przebiegi są już poniżej 100 km dziennie i jeszcze jak na złość nawala mi wspornik torby, a długo trwająca naprawa zwiększa i tak za duże już opóźnienie. Czas zabierają nam też większe zakupy, które ostatni raz robimy w Czechach, bo już z daleka widać granicę NIEMIEC. Z wielką ulgą żegnamy słowiańską ziemię, ale wściekłe kopce bynajmniej nie chcą nas pożegnać. Pniemy się długimi podjazdami gdzieś w górę, której na dobrą sprawę wcale nie widać i tylko opór pedałów oraz pochyłomierz pokazują, że nadal się wznosimy. Robi się bardzo parno i za chwilę wali w nas pierwsza ulewa. Nie przynosi jednak żadnego ochłodzenia, tylko chmurę pary, która jak niespokojne duchy białymi kłębkami tańczy nad rozpalonym asfaltem. Przebijamy się przez tą duchotę i nagle naszym oczom ukazuje się widok niezwykły. Szosa przelewa się przez ostatni garb i prostą strugą płynie aż pod daleki, rozciągnięty głęboko w dole na kształt wielkiej misy, przymglony horyzont. Do miasta Passau – przyczółka Alp bawarskich – drogowskaz pokazuje 40km. Czy można sobie wyobrazić, że do rogatek tego starego grodu docieramy w 40 minut?! Takiego zjazdu dawno nie pamiętam, a gładka i prosta szosa nie każe nam prawie zatrudniać hamulców. Stojąc już na skraju lasku gdzie zamierzamy nocować, uświadamiam sobie, że właśnie pobiłem o 1 kilometr swój rekord prędkości, który od pięciu lat (wyprawa iberyjska) wynosił 79 km/godz! Uff, co to był za zjazd i ufff... co w tym lesie taki żar? Zanurzamy się w gęstwinę drzew ciemniejących w nadchodzącym mroku, a czujemy się jak w środku właśnie wygasłego pieca hutniczego. Naprawdę nie ma czym oddychać, chyba las wchłonął, zatrzymał i skumulował cały gorąc dnia. Trawa szeleści pod nogami niczym ściółka, żywe gałęzie łamią się jak suche patyki, liście nie są zielone, a chrzęszczą jak prażony pergamin, nie słychać żadnych ptaków ani bzyku owada, nie ma najmniejszego dźwięku z wyjątkiem naszych oddechów i skrzypienia kroków. Śpiwory kładziemy wprost na trawie i pierwszy raz od niepamiętnych czasów śpimy bez namiotu. Ciszy grobowej nocy nie zakłóca nic z wyjątkiem zbyt wcześnie budzących się mrówek, które jeszcze przed świtem zaczęły penetrację naszych śpiworów. A rano powita nas śliczna sarenka, która swymi wielkimi, smutnymi oczyma bacznie będzie taksować tych nowych w jej królestwie gości.
 
                                           
Z KLESZCZAMI PRZEZ TYROL
 
Piękne miasto Passau wita nas z rana kolejnym gorącym dniem. Śliczne kamieniczki i zastygłe w duchocie ulice prowadzą nas w stronę centrum, gdzie na dworcu dowiadujemy się o możliwości powrotu koleją do kraju, za 3 tygodnie z odległego miejsca w Niemczech. W grę wchodzi jazda tylko w weekend ze specjalnym biletem za 30 euro ważnym aż na 5 osób (więc po 6 na głowę), ale dla nas wychodzi po 15. Bilet ma szereg ograniczeń czasowych i trakcyjnych, a podróż łączy się z wielokrotnymi przesiadkami, co z objuczonymi rowerami jest dosyć skomplikowane. Błyskawicznie dostajemy wydruk wszystkich możliwych połączeń, lecz z pięcioma lub nawet siedmioma przesiadkami. Nie mamy czasu na zwiedzanie grodu, gdyż szybko musimy znaleźć początek Innradweg, czyli rowerowej drogi wzdłuż rzeki Inn którą chcemy jechać w Alpy Bawarskie, których pierwsze przyczółki już widać z daleka. Są niewysokie, lekko przymglone w gorącym, 35-cio stopniowym powietrzu, lecz przyśpieszają nam bicie serca. Ta ścieżka która ma nas doprowadzić aż do Susch w Szwajcarii jest wytyczona cały czas wzdłuż rzeki, więc prawdopodobnie nie będziemy musieli zmagać się z większymi górami, które na dobre zaczną się dopiero w Austrii.


Mamy dokładną mapę i znaleźć początek drogi nie jest trudno, bo oznakowanie jest też znakomite. Tu nie ma „fińskich zagadek”, droga zaczyna się tuż za miastem po przejechaniu malowniczego centrum rozłożonego na obu brzegach pięknej, szerokiej, nieco przypominającej Newę z Petersburga rzeki. Rowerzystów jest dużo, ale to typowi wycieczkowicze bez bagażu. Tych prawdziwych spotykamy trochę później. Nie ma wprawdzie podjazdów, ale droga szybko opuszcza asfalt i robi się szutrowo-polna. Nie możemy jechać szybko i to nie tylko za sprawą nawierzchni, ale też diabelskiego kolana, które skutecznie stopuje mego towarzysza. Szutr skrzypi pod kołami, rzędy drzew wolno suną po prawej ręce odsłaniając co jakiś czas widok na wodę do której chciałoby się wskoczyć natychmiast, bo żar nie daje wytchnienia i już 6-ty dzień balsamuje nam ciało. Na nogach i rękach mamy brązowe rękawice ze słońca, reszta jest osłonięta chroniącym od poparzeń trykotem. Do wody nigdzie nie ma dostępu, za to często pojawiają się ławeczki i małe polanki w zagajnikach, gdzie można nawet rozpalić ognisko.
Spotykamy już sporo rowerzystów, najczęściej ostro trenujących chłopaków w kolorowych strojach. Droga miejscami oddala się od rzeki, wpada w zagajniki lasu, potem przecina pola i łąki, by w pewnym momencie urwać się przy asfaltowej szosie. Lecz nie ginie całkiem, bo biała kreska prowadzi nas dalej, wprawdzie w asyście samochodów, lecz w sposób jednoznaczny i bezpieczny. Znaki w stosownym miejscu nie dają wątpliwości gdzie ponownie skręcić w pole. Często przejeżdżamy małe miasteczka i osady, a co ciekawe, nie wiemy gdzie jesteśmy – w Niemczech czy w Austrii, bo droga kilka razy zmienia kraj klucząc w pobliżu granicy, której oczywiście nie ma. Fajnie to wygląda, jak pytamy ludzi w jakim już jesteśmy kraju. Nie wiemy też z braku jakiego – niemieckiego czy austriackiego piwa cierpi Diabeł, a także w jakim państwie, właśnie dziś nocujemy nad jeziorkiem w lesie. Woda jest tak niesamowicie ciepła (ok. 30st), że siedzę w niej po szyję przez długi wieczór i w czasie, gdy Diabeł pędzi już po ciemku do pobliskiej osady, sprawdzić jakie dają piwo. I okazało się, że nocujemy w Niemczech, knajpa jest w Austrii, a serwują piwo czeskie bynajmniej nie w czeskiej cenie. Śpimy dziś w tę parną noc w samej sypialni, a rano niespodzianka - nie ma słońca!! Chmury które przykryły niebo tak nas zmyliły, iż myśląc że słońce jeszcze nie wstało, budzimy się dopiero 8-ma rano. Na dodatek mój materac musiał źle znieść upał, bo wymiękł przez noc do cna, ale próby wodne nie wykazały najmniejszej dziury, więc co jest grane!?


Całkiem ładna droga wije się szosą i miejscami tylko wpada na pola, by przez szerokie łany zboża przecięte kratkami kwiecistych łąk nieść nas między wyraźnie już widocznymi górskimi szczytami. Nie robią one jeszcze dużego wrażenia, raczej ich legenda i magiczne słowo – Alpy. Oczywiście te niskie tu góry są wysokości naszej Śnieżki, ale to przecież pierwsze alpejskie flanki. Jako, że droga idzie czas cały w pobliżu rzeki, nie zmusza nas to do walki z górami mimo, iż wysokość powolutku rośnie. Żal mi jednak przyjaciela, któremu mimo względnie dobrych warunków („tylko” 30 stopni, pomyślny wiaterek), to nieszczęsne kolano nie pozwala jechać szybko. Co będzie, jak zaczną się prawdziwe góry? Czy dojedziemy do Matterhornu? Czy dojedziemy w ogóle gdziekolwiek?

Póki co, mijamy Wasserburg i kolejny dzień wita nas zdecydowanym spadkiem temperatury. Jest tylko 20 stopni, a więc idealnie! Robi się coraz piękniej, bo Alpy rosną w oczach, tak jak i chmury, które coraz gęściej, jak stado owiec wpuszczonych na pole, przechadzają się po niebie. Co wyższe wierzchołki ciągle jeszcze zalesionych szczytów, zaczynają dotykać chmur, a nawet je przebijać, wyglądając w tym momencie jak apetyczny rożek w bitej śmietanie. To jeszcze jest Bawaria, ale już jesteśmy w krainie tyrolskich wpływów i kultury, co zresztą ma odzwierciedlenie w historii, która mieliła i ścierała ze sobą te dwa kraje i te dwa niemieckojęzyczne narody. Miasteczka robią się jeszcze piękniejsze od północno bawarskich, które zresztą miały też swój styl i klimat, lecz tu z kolei wszystko jest już „alpejskie”. Hotele, knajpki i restauracje są pod tą nazwą w różnych odmianach i kontekstach. Z bilbordów i innych reklam spoglądają na nas góry we wszelkich możliwych scenografiach i ujęciach, a całe masy gadżetów i pamiątek też mają ścisły związek z tą krainą. Budownictwo jest bardzo charakterystyczne i niezwykle stylowe.


Często stosowany jest mur pruski w którego mozaikę ładnie wkomponowano okna ze ozdobnymi ramami i małe, z kutych krat zrobione balkoniki, a wszystko to gęsto ukwiecone skrzynkami różowych, czerwonych i karminowych pelargonii. Tak piękne balkony widzieliśmy tylko w starym Petersburgu. Najbardziej symboliczne są tu jednak wieże kościołów. Wszystkie bardzo wysokie, smukłe, a zakończone ostrym, do grota włóczni podobnym szpicem. Tylko mauretańskie i tureckie minarety mogą się równać z tymi strzałami. Droga przemierza wiele takich malowniczych osad, ale ciekawa sprawa - nie ma w ogóle wsi, a przynajmniej takich, jakie widzimy u siebie, o wschodzie już nie wspominając. Dużo uroku ma miasto Kaufstein, którego ciche uliczki szybko uciekają nam spod kół, ale w Radfeld zatrzymujemy się na dobrą godzinę. „Miasto historyczne” – tak głosi na rogatkach tablica i istotnie - jest jak wielki skansen. Nie tyle jednak zabytki, co wielki festyn w centrum grodu przykuł naszą uwagę. W pewnym momencie uliczny gwar i harmider zostaje nagle zagłuszony gromkim rytmem bębna i dźwiękami orkiestry, która szeregiem stylowo ubranych Bawarczyków wyłania się z czeluści bramy. Kiwają się na wietrze pióra kapeluszy, migają białymi zygzakami wysokie podkolanówki na kroczących nogach, huczą trąby i puzony. Orkiestra w sile co najmniej jednej kompanii dziarsko maszeruje w stronę ratusza, a korowód zamyka młody bębniarz z wielkim kotłem na brzuchu. Poddajemy się nieco tej radosnej atmosferze, nie pijąc niestety bawarskiego piwa, choć leje się ono strumieniami na prawo i lewo. Wyjeżdżając z rynku mijamy tylko stoliki i barierki, a napisy głoszą – wstęp do rynku 5 euro (sic!). 
Znów otacza nas cisza rosnących w oczach gór, a środkiem doliny niezmiennie przedziera się rzeka i tych dwóch frajerów z Polski. W sposób niezauważalny zmieniamy kraj i definitywnie, o czym informuje nas tabliczka na skale, wjeżdżamy do AUSTRII. Za pierwszym miasteczkiem dopada nas mały deszczyk, przyjemnie chłodząc spocone twarze. I znów przemykamy przez urokliwe miasteczka, już strikte tyrolskie, ale kościoły i wieże są takie same. Góry znacznie urosły, droga się sfalowała zbaczając nieco od rzeki i zahaczając o pierwsze zbocza napierających Alp. Jedziemy teraz wzdłuż głównej autostrady tnącej zachodnią Austrię na dwie połówki, a prowadzącej prosto do stolicy Tyrolu, olimpijskiego miasta Innsbruck. Pogoda się psuje (określenie względne, upał to też popsuta pogoda) i zaczyna coraz gęściej padać. Decydujemy się więc na szybki nocleg, a znajdujemy go na tyłach kościoła w miasteczku Schwaz. Mamy tu osłonę od tnącego deszczu i wścibskich oczu, bo trzeba przyznać, trudno jest znaleźć prawdziwe dzikie miejsca w tym środku Europy.


Koła tną liczne kałuże, a w sakwach kisi się zupełnie mokry namiot, który zwijaliśmy w deszczu. Mimo tej pogody, powoli przychodzi długo oczekiwana nagroda za dotychczasowy trud, w postaci coraz wyższych i piękniejszych gór wokoło. Całe Alpy biegnące przez 5 krajów podzielono na dziesiątki pasm i nadano im nazwy. Nie łatwo jest się połapać, który łańcuch akurat się mija, bo zmieniają się one w sposób płynny. W miarę zbliżania się do stolicy Tyrolu wierzchołki gór zaczynają wyłaniać się nad lasy i oblekać czystą, gładką skałą. Trudno powiedzieć, co jest tu charakterystyczne dla tych młodych gór. Nie są jeszcze tak poszarpane jak Kaukaz i nie przypominają też gór z Norwegii mimo, iż są tak wysokie jak Tatry. W okolicach Innsbruku sięgają powyżej 2700 metrów. Na północy dawno już byłby tam śnieg, ale tu na południu biała bariera podwyższa się znacznie. Czujemy już w nogach podjazdy, jeszcze stosunkowo łagodne, lecz niemniej dwu lub trzykrotnie dłuższe od zjazdów. Zrobiło się też ładnie, wręcz gorąco i w samo południe wjeżdżamy do stolicy Tyrolu.
Nie wygląda to na wjazd tryumfalny, a już na pewno nie ma on nic z patosu paradnego „antre” Kleopatry w starożytnym Rzymie. Gdzie jest burmistrz z kwiatami? Gdzie radio i telewizja? Gdzie łuk tryumfalny i tłum oszalały?? Witają nas kompletnie wymarłe ulice i zupełny bezruch samochodowo-rowerowy. Uderza nas też niezwykła cisza w tym bądź co bądź ponad stutysięcznym mieście. Urocze uliczki i kamienice, bulwary nadrzeczne i placyki, kościoły i zielone skwery – to wszystko jest ładne, czyste, wypieszczone i stylowe – lecz zupełnie uśpione w bezruchu gorącego południa. Dopiero bliżej centrum zaczyna się coś dziać. Dopiero teraz widać turystów, stoją autokary, zaczynają dochodzić jakieś dźwięki. Stajemy na sporym placu i podziwiamy panoramę gór wokoło. Prawie nagie szczyty brązowym murem odgradzają miasto od błękitnego nieba. Góry wysokości naszych Rysów nie mają jeszcze śladów śniegu, lecz uderzają pewną surowością i pozorną dzikością. Doskonale wiadomo, że Alpy są znakomicie zagospodarowane, a tu przecież są jeszcze dawne tereny olimpijskie. Zanurzamy się w centrum i podziwiamy zabytkowy ratusz i barokowy kościół z XVII wieku. Jest co zwiedzać w tym mieście, że nie wspomnę o zamku Hofburg i Ottoburg, rezydencjach cesarskich, wielu murach i gotyckich kościołach. Są też piękne parki, gdzie rzędy dorożek czekają na chętnych. Nagle naszą uwagę przykuwają dźwięki muzyki. Wchodzimy na duży dziedziniec za ratuszem zapełniony mrowiem ludzi (teraz wiemy, gdzie się podziali) wpatrzonych w estradę, gdzie duża orkiestra symfoniczna kończy właśnie partię Straussa.

Chyba tylko Austryjacy potrafią tak pięknie wykonywać swego mistrza. Powoli wyjeżdżamy przez puste uliczki z miasta, gdy nagle przy drzewie dostrzegamy stos rowerów. Są i całe, i też niekompletne, a różne części walają się dokoła. Można więc coś wybrać i uzupełnić braki w rowerze, ale my na szczęście nie mamy takich potrzeb. Mamy za to potrzebę nadrobienia opóźnienia (jeśli to w ogóle możliwe), więc żywo ruszamy dalej.
Innradweg szybko wprowadza nas w sielski nastrój i krajobraz, bo droga piękną, żółtą wstęgą chrzęszczącego szutru wije się wśród zielonych łąk i małych osad rozrzuconych wzdłuż rzeki i dalej rosnących, w dosłownym tego słowa znaczeniu gór. Robi się znowu piękniej i serce nam rośnie, tak jak i podjazdy na coraz wyższe wzniesienia. W dalekiej perspektywie nieco przymglonego powietrza widzimy odległe, strzeliste szczyty poplamione śniegiem. Tam zaczną się prawdziwe Alpy i – o czym jeszcze nie wiemy – prawdziwe kłopoty.   
  
Śmieszny jest w tym 9-tym dniu wyprawy nocleg. Kolejny raz w dziejach naszych podróży nocujemy w mieście. W miasteczku Imst zastaje nas wieczór, więc gwałtownie szukamy miejsca na namiot. Gdzieś za dużym marketem dostrzegamy kawałek dzikiego terenu i zrujnowany drewniany domek z otwartymi drzwiami. Postanawiamy tu się przespać, bo nie trzeba będzie tracić tak cennego dla nas czasu na rozbijanie i zwijanie obozu. Buda jest obskurna, lecz podłoga prosta, jest gdzie zjeść i położyć materac. Śnią mi się dziwne sny, trochę fantastyczne, trochę erotyczne, trochę przyrodnicze z robakami w rolach głównych. A rano dokonuję paskudnego odkrycia – mam 2 kleszcze! Umieściły się pod szyją i na plecach, czarne kuleczki z dwoma wystającym jak czułki łapkami i bardzo ruchliwymi przy próbie dotyku. Od razu naszły mnie wszystkie strachy związane z kleszczami:
 - Cholera! Jak nic dostanę kleszczowego zapalenia mózgu, a już na pewno boleriozę – z odrazą oglądam w lusterku czarne, kosmate kuleczki.   
 - Nie będzie tak źle panie markizie – pociesza mnie przyjaciel.
 - Tak? To wytłumacz mi proszę, czemu ja mam dwa, a ty żadnego? To niesprawiedliwe, powinno być po równo.
 - To tak życzysz przyjacielowi? Może ty masz lepszą krew, na pewno błękitną, a one to lubią, ja mam zwykłą, robotniczą, no może z małym dodatkiem szlacheckiej.
 - Panie Diable, nie będziemy licytować się o krew, trzeba szybko to paskudztwo usunąć!
I tak debatując, zabieramy się do operacji, a chirurgiem oczywiście jest mój niezłomny kompan. Z pomocą noża i łyżeczki dokonuje zabiegu z łatwym do przewidzenia efektem – połówki robali zostały w mojej biednej skórze. Co zyskaliśmy na czasie nie robiąc obozu, straciliśmy na zabieg, a ja zakleszczony ruszam na kolejny tyrolski etap.


Krajobraz wokół , że powiem po swojsku – pięknieje i dziczeje (a że dzikość jest piękna, więc pięknieje do kwadratu) i powoli zbliżamy się do Szwajcarii. Droga idąca ciągle wzdłuż rzeki, razem z nią wrzyna się w wysokie zbocza, które piętrząc się prostopadłymi i coraz bardziej stromymi ścianami ściskają rzekę i drogę w cienkie wstęgi. Nie tylko są podjazdy, ale też i szybkie zjazdy, bo szosa wspina się na małe przełęcze, a za chwilę przy szalonym zjeździe pęd powietrza wysusza wilgotne koszulki i perliste czoła. Rzeka, bardzo szeroka na początku, zmieniła się w pienisty potok huczący kaskadami po skałach, a niknący często, gęsto pod ostrogami poszarpanych nawisów. Zaczynają się pierwsze półtunele, gdzie nad głową i po prawej ręce przesuwa się mur skał, a z lewej jest otwarta przestrzeń pocięta rzędem betonowych podpór. To jest ciekawe rozwiązanie, gdy drogi nie można, na kształt półki, wyrąbać w zboczu, a góry nie opłaca się wiercić na wylot. A z pełnymi tunelami bywają dla cyklistów kłopoty (już to przerabialiśmy, nie tylko w Alpach), bo często trzeba je mozolnie objeżdżać.

W dobrym nastroju pniemy się wysokość 1080m do miasteczka Martiny, gdzie wreszcie jest upragniona, choć zupełnie umowna granica i – przed nami SZWAJCARIA. Wokół lasy i skały, a słońce które często spoglądało zza chmur, gwałtownie chowa się w siwym całunie. Robi się szaro i ponuro, a dopiero minęło pół dnia kręcenia, przed nami do zrobienia jeszcze ze 60 górskich kilometrów, a do nadrobienia dobre 150. Ja ciągle myślę o kleszczach wszytych w skórę, Diabeł o uparcie bolącym kolanie, które nie pozwala mu dać maksymalnej pary z ciała i obaj z niepokojem spoglądamy w niebo.
Zaczyna gwałtownie kropić, po minucie padać, a po dwóch lać jak z cebra. W popłochu szukamy miejsca, by przeczekać ulewę wykorzystując czas na zrobienie obiadu. Stopujemy w końcu przy samotnie stojącym w lesie, murowanym domku bez okien, a zachętą jest mały daszek nad schodkami przy zamkniętych, metalowych drzwiach. Z tyłu leżą omszałe bale, kantówki i deski na których stoi skrzynia wielkości dwóch trumien przewrócona na bok i na tyle pojemna, że obaj skuleni w kucki możemy się schować, a nawet postawić maszynkę po środku. Ulewa bębni w skrzynkę regularnie i robi się prawie mroczno, choć godzina jest wczesna. Zrobiło się 15 stopni, czyli temperatura spadła o 10 i znów wraca dylemat cyklisty: co lepsze – piekło czy topiel? Teraz kumpel twierdzi (wiadomo, Diabeł) - że na pewno piekło.
 - Pamiętaj, największym wrogiem na wyprawie jest deszcz, błoto, wilgoć i zimno -powtarza to przy każdej okazji. Ale w Czechach, jakoś tego nie mówił. Ostatecznie po trzech godzinach czekania na poprawę, postanawiamy tu zostać, w deszczu stawiając namiot tuż przy schodkach. A ulewa nie daje wytchnienia przez noc całą i nie da – bo takie są Alpy.      
 
                                                    SZWAJCARSKA KLĄTWA

 
Coraz wyższe góry i coraz gorsza pogoda. Zakuci w kurtki wyprawowe, kaptury i ochraniacze butów wolno wspinamy się szosą w stronę Suchs. Teraz musi już pracować tylko wyobraźnia, bo damy się pokroić, że widoki wokoło muszą być fantastyczne na co wskazuje ukształtowanie terenu, ale 1000 metrowy pułap chmur równo ucina wszystkie góry od podnóża, pozwalając tylko domyślać się urokowi 3 tysięcznych szczytów. Tu już są tereny narciarskie, na dole oczywiście trawiaste, a wyżej nic nie widzimy i można tylko pomarzyć jakie są tu trasy w zimie. Mijamy stacje kolei linowej, teraz nieczynnej i tylko na dużych planszach możemy wzrokiem poszusować po fantastycznych nartostradach, polanach i żlebach.
Nagle ulewa na moment ustaje, chmury lekko się wznoszą odpływając na bok i w dalekiej perspektywie widzimy odległe szczyty z białymi bliznami śniegu, szarobrązowymi bruzdami skalnych płaszczyzn i filarów, postrzępionym zrębem grani omywanych sunącymi obłokami. Te góry sięgają powyżej 3500m wysokości, wyglądają dziko, niedostępnie, dumnie i pięknie. Na chwilę odsłania się kolejna hala z zielonym kobiercem trawy skrzącej się perlistą rosą, a przeciętej wstęgą kolejki gondolowej niknącej w bezruchu za wybrzuszeniem wzniesienia. Jak pięknie musi tu być w zimie!! Mijamy malownicze miasteczka złożone z punkcików domków pełzających po zboczach i kościołem w centralnym miejscu, bijącym dzwonami z tej charakterystycznej wieży-włóczni zawsze o pełnej godzinie. Nie rzadkością jest widok willi-pałacyku wkomponowanej w zbocze góry z dala od siedzib gawiedzi, okolonej wiankiem lasu i wysokim murem scalonym często z urwiskiem przepaści schodzącej do 100 metrów niżej płynącego potoku. Jedną wspólną rzecz mają wszystkie te pałace - to stojący na wysokiej platformie żółty helikopter. Lecz natura wcale nie jest gorsza. Widzimy też pałace i baszty, tarasy, łuki, bramy, schody i filary siłami natury i czasu wyrzeźbione w skalnych ścianach, zastygłe na samotnych wypiętrzeniach, poległe na stromiźnie granitowych rumowisk. Czasami, aż wydaje się, że są to prawdziwe ruiny starożytnych budowli. To jest właśnie to, czym pragniemy sycić nasze oczy, to jest nasz skansen, nasze muzeum, nasz cichy podziw i niemy zachwyt. Tylko znów leci nam woda na głowy, a bryzgi błota spod kół oblepiają nawet okulary. 
Postanawiamy trochę przeczekać kolejną ulewę i zajeżdżamy na mały camping przy drodze. Kilka domków, parę namiotów i baraczek z kuchnią i toaletą. Jest bardzo chłodno, więc się grzejemy i suszymy, nie sami zresztą, bo do baraczku weszło też kilku mokrych motocyklistów. Jest prąd, więc wspaniała okazja zagotować grzałką kubek na wzmocnienie i to jest nasz błąd! Nagle wchodzi mały facet z wąsem, właściciel zapewne i z miejsca wszczyna karczemną awanturę. Jak śmiemy mu prąd kraść, jakie on poniósł straty! A za ten jeden kubek wrzątku, to on nas kasuje na 10 franków! Robimy wielkie oczy zaskoczeni gościnnością i rozglądamy się, jak czmychnąć w ulewę, a dziada na bankructwo narazić. Ale to jest trudne, bo nie bacząc na potoki z nieba, czyha na nas przy zamkniętej bramce. Nie chcąc się więcej handryczyć, daję mu 2 euro i sutą wiązankę marynarskiej łaciny mówionej po polsku. Chyba zrozumiał, bo zaniemówił z wrażenia.

Zniesmaczeni gościnnością mocno naciskamy pedały, bo droga zaczyna się niebezpiecznie piętrzyć. Wiemy, że przed nami są duże przewyższenia i potężne przełęcze które musimy dziś pokonać jeśli nie chcemy nocować w ulewie wśród skał. 8-mio do 10-cio % podjazdami docieramy na dwie mniejsze, około 1500m wysokości przełęcze i mijamy Davos. To jest piękne miasto, lecz nie ma mowy o zachwytach, bo do cieknącego nieba dołączył się jęk cierpiącego Diabła, któremu nadal dokucza kontuzja kolana. Krótka przerwa pod nawisem zamkniętego magazynu przeznaczona jest na masaż i wzmocnienie się gorącą kawą. Strugi wody wyciekają z przepełnionej rynny i z impetem rozchlapując się na śliskich schodkach, kaskadami spływają do potoku jaki stworzył się z pobocza drogi. Do szumu strumienia i bębnienia ulewy dołącza się nagle jakiś dziwny dźwięk. Dopiero teraz widzimy, że tuż obok na pochyłej łące pasą się przedziwne stwory – ni to baran, ni żyrafa, ni to wielbłąd – lecz po chwili rozpoznaję – to są lamy! Gdzieś raz w życiu widziałem to w ZOO. A tu stoją jak na dłoni, z gracją pochylają długie szyje i strzygąc wielkimi uszami przyglądają nam się bacznie. Nie koniec dziś zwierzyńca, bo po chwili jazdy dostrzegam świstaka (nie poznałem od razu) na poboczu drogi. Siedzi sobie w kucki na ogonie, wystawia nosek daleko do przodu, bacznie patrzy guzikami czarnych oczu, nastawia śmieszne uszka i gwiżdże na deszcz i zimno. Swoją drogą nie wiedziałem, że to takie duże i przyjazne zwierzątko. Żeby nie bariera szosy, poszedłbym z nim pogadać, o pardon – pogwizdać. Trochę nas te spotkania rozbawiły i nastawiły lepiej do szwajcarskiego świata, który może jeszcze okazać się bardziej łaskawym, skoro przygarnia tak piękne stworzenia.

 
Droga robi się coraz trudniejsza. To już górska serpentyna wśród wysokich ścian i stromych przepaści. Rowerzystów nie widać, aut jest mało, a wkoło siwa przestrzeń bez gór, które wchłonął bez reszty ciemny welon chmur. Nie widzimy co przed nami, nie widzimy co za nami, prawie w ogóle nic nie widzimy, tylko lśniący asfalt, najbliższy zakręt i pochyłomierz pokazujący 12% podjazdu. Wleczemy się jak żółwie godzina za godziną, bo tempo jest minimalne. Nie wiemy, że tego podjazdu będzie ponad 40 kilometrów, bo chyba rozbilibyśmy namiot na lodowcu, który po raz pierwszy ukazuje nam się na zboczu. Jest postrzępiony, chropowaty w szaro-srebrym kolorze, ale mgła zmieszana z potokami wody z nieba zaciera obraz tego pięknego tworu. Jeszcze mam siłę trzymać kamerę w ręce, osłaniając drugą od deszczu, jeszcze Diabeł próbuje robić jakieś fotki i dobrze, bo niedługo będzie to niemożliwe. Jest 2000 metrów wysokości, termometr spada do 7-miu stopni, a deszcz wali z siłą wodospadu, który właśnie mijamy. Nieprzemakalne kurtki wyprawowe zaczynają przeciekać, nachylenie wzrasta do 15-tu procent, deszcz siecze po twarzach, bo wiatr jest oczywiście przeciwny, a skostniałe ręce ledwo trzymają kierownicę. Zaczyna robić się ciemno. Na 2200 metrach jest tylko 5 stopni, co nie jest takim problemem jak to, że kumpel nie ma już siły walczyć z bolącym kolanem. Trzeba więc zejść z roweru i wolniutko taszczyć go w górę. Bóg wie, ile kilometrów przed nami, choć wiem, że przełęcz 2383m którą zdobywamy (w dosłownym znaczeniu) musi być przy tym nachyleniu drogi już blisko. Jeszcze jeden postój, jeszcze jedno przekleństwo i nadzieja, że już koniec bliski, że to już - lecz niestety jeszcze nie, może więc zaraz za tym zakrętem? A zakrętów jest jeszcze z 15, przekleństw trochę więcej i już w desperacji Diabeł zaczął badać małą grotę w skalnej ścianie na nocleg – gdy wtem w oddali widzę światełko i kontury budynku. Właśnie wyraźne światełko, bo gwałtownie zrobiła się czarna, hucząca ulewą noc. Trudno powiedzieć czy to dobrze, że przełęcz okazała być się zamieszkała, bo szykował nam się był ciekawy nocleg przetrwania.


Jak dwaj topielcy stoimy w kałuży wody na posadzce i bez względu na koszty jesteśmy zdecydowani się tu zatrzymać. Patrzy na nas kilka rozdziawionych buzi, a z boku dochodzi ciche westchnienie – „o mejn Gott”! To jest eleganckie schronisko na przełęczy Fluela, a w obszernej restauracji przy tańczącym kominku biesiadują turyści. Wita nas po chwili starsza pani, szefowa zapewne i mocno zdumiona taksuje z góry na dół. A widzę ciekawość w jej oczach.
 - Jak wy tu się dostaliście? – rozmawiamy po niemiecku.
 - Na rowerach, z Polski.
 - Mein Gott, w taką pogodę? To prawie niemożliwe! Nie widziałam tu rowerzysty od tygodnia, a i turystów mało, od czterech dni leje i prawie mróz w nocy.
 - A gdzie tu możemy zanocować, mamy cały sprzęt, może gdzieś na strychu przetrwamy tą noc? – wypytuję się ostrożnie. Jeszcze raz przygląda mi się uważnie.
 
 - Zaproponowała bym wam pokój z łazienką i śniadaniem, ale kosztuje 180 franków. Mamy też coś tańszego dla prawdziwych turystów, tylko sprawdzę czy wszystko jest in ordnung, bo dawno nikt tam nie był.
To mówiąc, rozkłada parasol i wychodzi na dwór. Wieszam mokrą kurtkę na kołku w holu i wchodzę do sali trochę się ogrzać. I w tym momencie dostrzegam naszą szefową, która przed minutą wyszła na deszcz, jak spokojnie stoi za bufetem uśmiechając się do mnie. Trochę mnie zamurowało i tak myślę; chyba przez tą pogodę straciłem poczucie czasu i minęło z 10 minut. Więc po chwili podchodzę spytać o wynik inspekcji, gdy nagle coś dzieje z mym wzrokiem i widzę szefową podwójnie, a ściślej dwie szefowe.
 - Jest pan zaskoczony? Tak, to moja siostra bliźniaczka, razem prowadzimy tę budę – zwraca się do mnie ta druga i żeby nie inna bluzka oraz mokre włosy, nie odróżniłbym za Boga Ojca.
 - Możecie zająć pokój w domku turystycznym po 20fr od osoby. Radzę wam jednak zostać dłużej. Właśnie słuchałam prognozy, cały tydzień deszcze, zimno i śnieg na wysokich przełęczach. Pułap chmur około 1500 metrów. Z powodu mgły i wiatru nie chodzą też koleje linowe.    
 
To rzekłszy, wręcza nam klucz i prowadzi na apartamenty. Rowery chowamy w garażu i wchodzimy do małego budyneczku obok schroniska. Jest tu jeden mały pokój z 6-ma piętrowymi łóżkami, kibel w korytarzu i łazienka z zimną wodą. Gorący prysznic i owszem, lecz za ekstra opłatą. Żadnego gniazda na włączenie grzałki. Dla nas to i tak Hilton, ale nie wyobrażamy sobie tu życia z kompletem gości. Póki co, zamieniamy pokój w wielką suszarnię, a para z gorącej herbaty perliście skrapla się na szybie i strużkami spływa na parapet. Na zewnątrz 3 stopnie i bębni ulewa. Dzisiejsze przewyższenie to 1490m i tylko 49km trasy.

Kto nie jeździł w Alpach, ten nie wie, co to alpejski zjazd. 6 stopni ciepłozimna, mokry asfalt, niskie chmury i na razie bez deszczu. Otuleni jak nurkowie na morzu Beringa zwalamy się z potężną szybkością z przełęczy, by nadrobić trochę wczorajsze straty i dojechać jak najdalej za Chur, gdzie zaczyna się jedyna, jak już pisałem na wstępie, droga w stronę najwyższych Alp, Matterhornu i Mount Blanc. Nie widać końca serpentyny ani czeluści która nas pochłania, bo niknie to wszystko w szaro-mlecznej mgle i jedynie wyłania się przed nami najbliższy zakręt, pętla czy agrafka. Trzeba robić przystanki, by chwilę ochłonąć i rozetrzeć skostniałe dłonie, gdyż zimno spotęgowane pędem przenika na wylot grube kurtki.
Zjazd trwa i trwa, widoki zmieniają się jak w przyśpieszonym filmie i znów musi pracować wyobraźnia, by móc pomarzyć, jak jest tu pięknie przy dobrej pogodzie. Są momenty gdy odsłania się widok skalnej ściany, czasami też udaje się spojrzeć w przepaść, gdzie wzrok z trudem odnajduje dno. Przypomina mi się w tym momencie podobny zjazd z Aj Petri do Jałty na Krymie i 1200 metrów w pionie, lecz tam było 13 stopni, a tu jest 6 i dużo, dużo dalej. Przelatujemy jak pociski przez parę miasteczek i osad wyprzedzając nawet auta i łamiąc zapewne jakieś przepisy. Robi się coraz cieplej, ale też bardziej deszczowo. Gdy stajemy ostatecznie łapiąc oddech, wysokościomierz wskazuje 680m, a licznik 60 kilometrów trasy. 1700 metrów w dół, to był zjazd!
Jesteśmy już za Chur na prostej biegnącej równo na zachód, a wznoszącej się coraz stromiej w górę. Co by nie było nam za dobrze, pogoda przypomina sobie, że ma być paskudna i jest konsekwentna. Zaczyna mżyć, za chwilę siąpić, potem kropić, za nie długo padać i w końcu lać. Normalka. Droga też nie jest cacy. To klasyczna górska serpentyna, bardzo wąska, kręta i biegnąca po półce wyrąbanej w zboczu. Z prawej jest pionowa ściana skalna, często wyłożona siatką, z lewej uskok do przepaści, nie zawsze z barierką. Ciężarówek i TIR-ów tu nie ma (chyba zakaz), są za to autokary. Pół świata turystów ciągnie tu tą jedyną drogą na zachód ku najwyższym górom. Nachylenie przekracza 12, a nierzadko i 15%, więc wleczemy się jak ślimaki ocierając się prawie bokiem o skały. Przy tak wolnej jeździe kierownica obciążona z przodu bagażem robi kółka i skręty, a cały rower myszkuje zygzakiem. Mimo dużej kultury i uprzejmości kierowców, jazda jest bardzo niebezpieczna.


Trzeba niesamowicie uważać, by nagle nie skręcić w bok mijającego cię autobusu, który sam ledwo mieści się na drodze. Odbijając szybko kierownicą w prawo lądujesz kołem w pełnym wody, głębokim rowku odwadniającym drogę, a następnie pieścisz bokiem twardą, chropowatą skałę. Koszmarna jest to jazda, a nerwy i uwaga napięte do ostatnich granic. I nie widać końca tej wspinaczki i końca potoków deszczu, a zmrok zbliża się szybkimi krokami . Na okrasę łapię po raz pierwszy gumę i Diabeł zmienia mi dętkę pod trzymanym parasolem. Ostatkiem sił i dnia wjeżdżamy do całkiem ładnego, choć niedużego miasteczka. Więc dziś będzie znów nocleg miejski i pierwsze kroki kierujemy do parku. Teren jest mocno zalesiony i na tyle dziki, że szybko znajdujemy mikro polankę ukrytą za chaszczami. W bezpiecznej odległości stoi duży hotel, a nasz zielony namiot jest zupełnie niewidoczny przez zielone krzewy i wysoką trawę, którą z trudem daje się udeptać na nierównym terenie.

Leje w nocy, pada w dzień, jest ciemno, ponuro i zimno. Jesteśmy w miasteczku Flims, które wzdłuż przechodzimy w 25 minut. Jest takie same jak inne alpejskie, z kościołem i iglicową wieżą w centrum. Trudno powiedzieć jak wyglądają góry wokoło, ale na pewno są tu narciarskie tereny. Jest też prawie pusty camping, który odwiedzamy i udaje nam się nawet skorzystać z łazienki (często bywają zamykane, lub za opłatą). Co za wspaniała kąpiel pod gorącym prysznicem! Przynajmniej jesteśmy czyści i pachnący. Ciekawą rzeczą jest wypożyczalnia rowerów elektrycznych i te całkiem zgrabne, srebrne maszyny są do wzięcia za paręnaście franków na godzinę. Diabeł jest zupełnie przybity naszą sytuacją i bąka o zmianie planów. Ja jeszcze chcę czekać, oczywiście na zmiłowanie pogody, bo nie ma mowy o ataku na tak trudną trasę przed nami, w tych warunkach. Trochę nas nuda zabija i snujemy się z  parasolami raz to po ulicach, raz to po naszym lasku okalającym okazały „Park Hotel”. A leje kolejną noc i następnego dnia nie widać zmiany.
Zwołujemy więc w południe naradę wojenną.     – Słuchaj mnie przyjacielu – zagaja Diabeł – musimy podjąć męską decyzję. Nie ma mowy, byśmy wykonali plan i zdążyli na następną niedzielę do Freiburga na pociąg. Nawet tylko przez Zermatt, to najkrótszą drogą mamy 700 km i to po górach. Matterhornu nie zobaczymy, bo znasz prognozy. Dziś jest czwartek i według planu powinniśmy jechać już w stronę Chamonix. Z moim kolanem jest źle i sam widzisz jak wolno jedziemy, mam dość tego syfu! To jakaś klątwa! Żeby tylko padało – ale tu kurewsko leje i to ciągle!! Proponuję przerwać wyprawę i najkrótszą drogą jechać do Niemiec, a zdążymy na pociąg w tą niedzielę. Do Lindau jest 250 kilometrów i będzie w dół. Pojedziemy przez Lichtenstein, nowy kraj, będzie ciekawie! – to mówiąc z egzaltacją w głosie, nalewa mi porcję rumu, do kolejnej gorącej herbaty. Ten rum ratuje nam życie już od paru dni. Biorę małpę (tzn. mapę), kalkuluję i z bólem muszę przyznać, że w naszej sytuacji zrobienie zaplanowanej trasy w 8 dni jest nierealne.
 - Niech to jasny szlak trafi, to jest fińska klątwa! (w 2002 skrócono wyprawę z powodu zgubienia w Finlandii. przyp. red.) A ja myślałem że to już się nie powtórzy nigdy! – złoszczę się okropnie.
 – Nie można mieć jednak sztywnego terminu na karku, na wyprawach różnie bywa. Gdyby nie ten cholerny pociąg, przedłużyłbym o 3 dni jazdę, nawet kosztem spóźnienia do pracy. Najwyżej dostałbym naganę – nie mogę się uspokoić.
 - Ale ja bym nie mógł, schrupano by mnie na śniadanie. Nie mam tak dobrych układów, ani nie chcę – to rzekłszy, nalewa mi Diabeł ostatnią już porcję rumu.
Nie mogę powiedzieć, bym czuł się szczęśliwy. Widzę, że przyjaciel jest zdeterminowany w dowiedzeniu swoich racji. Debatujemy do wieczora nad wszystkimi innymi możliwościami i wychodzi na to – że wracać trzeba. Niestety!
 - Ale jedno ci powiem, panie Diable. Odpuszczamy - ale ja tu wrócę i dokończę dzieła, jak nie z tobą - to sam! Nie daruję, przysięgam na siodło mojego roweru!!

c.d.n.

Statystyka:

 

czas wyprawy - 2x15 dni
dystans łączny - 2180 km

 

czas jazdy rowerem - 23 dni
średni dystans dzienny - 94,8km
maksymalny dystans - 145 km
odwiedzane kraje - Czechy, Niemcy, Austria, Szwajcaria, Francja, Lichtenstein

Uczestnicy
:
R de Teisseyre - fizyk Politechniki Wrocławskiej, członek DTC Wrocław, wyprawy rowerowe od 1996 r., m. in. - Hiszpania i Portugalia, wokół Bałtyku, Krym i Kaukaz, Skandynawia, Alpy. E-mail: rteisseyre@poczta.onet.pl          

 

Ryszard Grześkowiak - nauczyciel z Piły, wyprawy rowerowe jak wyżej. E-mail: rysiekzpily@interie.pl

 

       

 

Akcje Dokumentu
Powiedz nam jak sobie radzimy
Dziękujemy za wszystkie komentarze dotyczące naszych stron internetowych. Będziemy wdzięczni za wszelkie opinie dotyczące naszej działalności, które pomogą uczynić ten serwis lepszym. Prosimy o wybranie i zaznaczenie na liście odpowiednich punktów. Nie możemy obiecać, że odpowiemy na wszystkie opinie dostarczone tą drogą, ale na pewno przeczytamy je wszystkie.
Proszę zaznacz wszystkie punkty, które uznasz za uzasadnione