Narzędzia osobiste
Jesteś w: Start SportyGorskie.pl News Rower Turystyka "DIABELSKA PODRÓŻ" ROWEREM DO SZWAJCARII - CZĘŚĆ DRUGA

"DIABELSKA PODRÓŻ" ROWEREM DO SZWAJCARII - CZĘŚĆ DRUGA

przez Administrator Ostatnio zmodyfikowane 2009-11-17 14:08
Akcje Dokumentu

Przedstawiamy drugą część niezwykle barwnej relacji z wyprawy rowerowej przez wszystkie alpejskie kraje w wykonaniu duetu polskich turystów z Dolnego Śląska.

Raz jeszcze korzystamy z campingu i w suchej jadalni robimy obfite śniadanie. Jedzenia mamy jeszcze na tydzień, możemy poszaleć. Już nam jest wszystko jedno - leje, nie leje, czy tylko pada. Nagle nie ma to znaczenia, co widać szczególnie po moim kumplu, który ciągnie z niespotykaną dotychczas prędkością. W zawrotnym tempie ucieka nam droga, tak mozolnie zdobywana 3 dni temu. Ani się obejrzeliśmy, jak wjeżdżamy do Chur i szosa zaczyna wić się w górę.



Deszcz odpuszcza na krótko w dobrym momencie, bo wjeżdżamy akurat na wspaniały most kamienny, który jest ewidentnym pomnikiem historii. Rozpięty między dwoma zboczami dzikiego wąwozu, wznosi się nad płynącą 180 m niżej spienioną rzeką, a ściany kanionu są prawie pionowe z kępami trawy wybujałej ze szczelin. Kręci się sporo turystów, stoją autokary i samochody, jest knajpa i parę sklepików. Chwilę ciszy pogodowej poświęcamy na szybką kawę i w drogę! Chmury odsłoniły nieco niebo, możemy więc wreszcie sycić oczy dawno nie widzianymi Alpami. Biegnąca prosto na północ droga jest już zdecydowanie bardziej płaska, z tendencją opadającą. Nie na długo jednak pogoda odpuściła. Deszcz przypomniał sobie o swej misji, zmuszając nas do kilku postojów, bo już nam się nie chce moknąć. Czy koniec Szwajcarii oznacza koniec tej klątwy? Jeśli patrzeć na pogodę to jeszcze jesteśmy w tym kraju, jeśli patrzyć na auta, to są austriackie, więc musieliśmy cichcem przekroczyć granicę. Ciągle my, ludzie dawnej komuny nie możemy się do tego przyzwyczaić. Góry zdecydowanie zmalały, Diabła przestało rwać kolano (skutek lżejszej drogi czy euforii powrotu na łono?), a deszcz wreszcie ustał. Zatrzymuje nas za to znów moja guma i co gorsza tylna opona jest lekko rozpruta. Diabeł łata mi dętkę i tak skutecznie naprawia oponę, że przejechałem na niej jeszcze dobre tysiąc kilometrów. Jest późne popołudnie, gdy wjeżdżamy do Księstwa LICHTENSTEIN. Prowadzi nas piękna, prosta i szeroka asfaltowa droga rowerowa (nie ścieżka!) tuż przy rzece, która okazuje się być Renem. Po obu stronach jeszcze ciągle góry, ale jedzie się jak po stole. W zasadzie, to nie widzimy jak to księstwo dokładnie wygląda, bo miasta i miasteczka zostają całkiem z boku. Przez rzekę za to przerzucone są w kilku miejscach stare, bardzo oryginalne drewniane mosty, całkowicie jak tunel zabudowane i jak w tunelu się nimi jedzie. Zatrzymujemy się na późny obiad koło budynku jakiejś fabryki, bo stoją tam stoły z ławami. I tu podchodzi do nas elegancki facet z którym nawiązujemy rozmowę. Jest zainteresowany naszym opowiadaniem o alpejskich perypetiach.
 - To wam nie zazdroszczę pogody, ale zazdroszczę pasji. Ja też kiedyś jeździłem po Alpach,   ale to było 15 kilo temu – tu wskazuje na swój brzuszek – a teraz to czasem udaje mi się tylko w wochenende trochę pojeździć. A macie może ochotę na dobrą kawę?
 - Ależ oczywiście! Książęcej kawy nigdy nie próbowaliśmy.
Poleca mi iść z sobą do biura i w holu wskazuje na automat - wybieraj co chcesz, ja płacę.
Ku swemu zdziwieniu widzę, że kawa jest tu trzykrotnie tańsza niż w Szwajcarii czy Austrii, praktycznie w polskiej cenie. Wypijamy po dwie i czekoladę na dokładkę. Miły gość okazuje się być tu menażerem i opowiada nam trochę o życiu w tym państewkie. Tu jest cacy, nie ma bezrobocia, zarobki bardzo wysokie, ceny dużo mniejsze niż w krajach obok, a mieszkanie można mieć prawie darmo, trzeba być tylko obywatelem najjaśniejszego księstwa. Więc panowie rodacy – nie Londyn, nie Hamburg, nie Dublin, nie Amsterdam, a tylko ten mały Lichtenstein! Lecz o tym w kraju nikt nie wie.

Wysyłam wreszcie do domu pierwszego i ostatniego sms-a, lepiej późno niż wcale, tak jakoś ciągle nie było nastroju.
„Pozdrowienia z Alp. Trudna wyprawa. Alpy cudne, ale groźne. Leje od tygodnia i skracamy wyprawę Nie można było jechać dalej, ale i tak dużo wrażeń. Przed nami jezioro Bodeńskie. Całuję R+R”
Ciągniemy rzeczywiście do tego legendarnego jeziora, cały czas wzdłuż Renu i tą piękną ścieżką. Naprawdę jest tu bajkowo, jak w krainie po drugiej stronie lustra. Malownicze góry już zalesione, ale z nagimi szczytami. Stare domki z czerwonymi dachami, kolorowo ukwiecone bujne łąki i z daleka majaczące zameczki na skałach. Żadnych pól ani pastwisk. Nawet krowy nie widzieliśmy, chyba wszystkie wyniosły się do Milki. I te rozwidlenia dróg z czterema drogowskazami – Niemcy, Austria, Szwajcaria, Lichtenstein – i gdzie tu jechać? Więc znowu wjeżdżamy do Helvetów, by za pół godziny po raz trzeci być w Austrii. W międzyczasie rodzą mi się w głowie fantastyczne plany. A jak by tak kiedyś zrobić na rowerze romantyczną wycieczkę, nie wyprawę? Tak na luzie, bez pośpiechu, w miłym, może i mieszanym towarzystwie? Lecz po chwili wraca otrzeźwienie. Jeszcze nie teraz, jeszcze trochę! Najpierw muszę Alpom wyrwać serce i pokonać je z najtrudniejszej strony! Może za rok?

Dojeżdżamy do jeziora Bodeńskiego, które obmywa Austrię, Szwajcarię i Niemcy. To jest wielka, sławna, wręcz legendarna woda i serce bije nam szybciej, gdy stajemy na brzegu, a drugi próbujemy sięgnąć wzrokiem. Lecz jezioro wylewa się za horyzont, który łączy się z chmurami w jedną całość. Jest ponuro i w tym samym nastroju jest też woda przybrawszy brudnoszarą barwę. Stoimy na trawiastej plaży, a obok cała paleta tabliczek z tuzinem zakazów, rozbijania namiotów też. Ruszamy w stronę Niemiec drogą rowerową biegnącą wokół całego jeziora. Obok idzie szosa i kolej, jedna miejscowość łączy się z drugą, tłumy ludzi przechadzają się po deptakach, dochodzą dźwięki muzyki. Mijamy porty z lasem masztów jachtowych, widzimy statki białej floty wychodzące w rejs, a nawet gdzie niegdzie kąpiących się ludzi. Piękna musi być wycieczka wokół jeziora, które ma ca 300 km obwodu. Na krótko rozpętuje się ulewa, lecz wychodzi jednak słońce i pod wieczór docieramy do Lindau. To jest bardzo piękne, stare miasto. Centrum leży na wyspie połączonej z przedmieściami dużym mostem. Tam też jest dworzec i szybko załatwiamy formalności biletowe, choć nie bez kłopotów z automatem do ich wydawania. Po krótkim zwiedzeniu miasta, uroczyście zasiadamy w portowej knajpeczce napić się dobrego piwa. Kapitalne są główki wejściowe do portu – prawa to po prostu wysoka latarnia morska, a lewa jest obeliskiem z kamiennym lwem na cokole. Piwko pijemy powoli i spokojnie, bo mamy już wyczajone miejsce na nocleg. Sprawdzaliśmy działki, gdzie można by się rozbić. Oglądaliśmy starą budę dróżnika przy ślepym torze zarośniętym krzakami, gdzie z bidą można położyć 2 materace. Lecz wybraliśmy trawiasty skwer przy bulwarze nad wodą, ocieniony rozłożystym drzewem i z ławeczkami wokoło. Wieje tam wprawdzie pioruńsko i szwendają się ludzie (centrum), ale jest równo i bardzo blisko do dworca.
Zanim rozbijemy namiot robimy spacer nad jeziorem, podziwiając piękny zachód słońca, które złotą łuną zrasza łuski drobnych falek marszczących granatową wodę. A słońce tak pięknie zachodzi, jak cicho kończy się nasza wyprawa i pierwsza alpejska przygoda. Dopiero pierwsza, bo przysięga jest świętością, a niedosyt wyzwaniem od którego nie da się uciec. Jeszcze pokochamy te góry!

 
ALPEJSKIE SERCA
 
Jak dziś pamiętam ten nocleg w Lindau na skwerze. Wiatr szarpał namiotem, słychać było głosy spacerowiczów. Na szczęście nikt nie przyszedł biesiadować na ławeczkach. Nerwowa noc, nie mogliśmy zaspać na pociąg o 6 rano. Koleje niemieckie są bardzo solidne i nowoczesne. Do tego nawet te pociągi bliskobieżne, zwane „regionalnym expresem” pędzą 180 na godzinę pochylając się mocno na zakrętach, przez co zwą je „falujące”. Tak jak podróż zaczynała się komfortowo i na siedząco, tak po 5-tej przesiadce jechaliśmy już na jednej nodze. I ten ciągły niepokój, czy wpakujemy się z rowerami do kolejnego pociągu. A tłum ludzi rósł wykładniczo z każdą zmianą składu, Niemcy są oszczędni. Szwajcarska klątwa sięgnęła aż do Polski, bo wjechaliśmy i kręciliśmy dalej w pokaźnej ulewie. Ale to już było i nie wróci więcej – mogłem sobie potem pośpiewać, zasiadając do pisania naszych dalszych, alpejskich losów.
 
1230 przejechanych kilometrów, z czego 500 w Czechach, a reszta w Alpach dało nam kopalnię doświadczeń i dużo do przemyślenia. Moje postanowienie pozostało niezmienne – muszę tam wrócić, zobaczyć i przeżyć to, na co nam los nie pozwolił, a w szczególności pogoda i zdrowie. 17 dni tej pierwszej części alpejskiego dwuboju powoli oblekało się patyną wspomnień, a wczesną wiosną następnego roku uporczywa myśl, jak kornik w drzewie drążyła mi głowę – Alpy tam czekają, a ja gorę! Czy wyruszę sam?
A jednak nie. Przyjaciel znowu mnie zaskakuje i po dziesięciu miesiącach które minęły tak szybko jak zjazd alpejski, po raz drugi rzuca hasło – Alpy! To on wymyślił, by pojechać najpierw pociągiem, i stanąć u wrót Alp na zachodzie.
 - Słuchaj przyjacielu – gorączkowo mi tłumaczył nie zważając na moje wątpliwości i obawy – zrobimy całą brakującą trasę, ale w kierunku odwrotnym. Nie przeżyłbym, jak byś sam wyruszył, a znając cię, możesz to zrobić. Obiecuję ci przejechanie Alp od Bazylei do jeziora Bodeńskiego w 2 tygodnie. Początkowo myślałem, by dalej przez Niemcy i Czechy pedałować do domu, ale w tym roku mam tylko te 2 tygodnie urlopu, więc musimy wrócić, jak rok temu. W Alpach ponoć wiatry wieją często z zachodu, będzie doping!
 - A twoje kolano, kondycja? – ciągle byłem pełen pesymizmu.
 - Wszystko jest o key, dużo trenowałem, zdrowie też dopisuje. Carry on, cyklisto!!
 
I tak to me słowa, tam daleko w deszczu rzucone, dziś ciałem się stały. Naładowani pozytywną energią, dobrze przygotowani psychicznie i fizycznie (jak zwykle treningi w górach i trasy), rozbijamy pierwszy obóz...w niemieckim Gorlitz pod dworcem. Jest ciepły wieczór 23-ego czerwca i nasz namiot stoi wśród wysokiej trawy pustego placyku. A noc jest bardzo nerwowa, jak ta w Lindau, bo też śni nam się 7 przesiadek, które nas czekają. Jednak nie zaspaliśmy, przesiadki dało się przełknąć, „falujący pociąg” nie zawiódł i tak drugiego dnia wieczorem stajemy na południowo-zachodnim krańcu Niemiec niedaleko od szwajcarskiej Bazylei.
 
 POWRÓT SZWAJCARSKEJ KLĄTWY
 
Bazylea – jest tu co oglądać. Mimo powoli zapadającego wieczoru udaje nam się trochę pojeździć po mieście. Dzień jest długi, więc wieczór z trudem wpędza słońce za horyzont, które złotymi kolorami pacykuje dachy i fasady starych kamienic, monumentalnych budowli, bajecznych pałacyków i gotyckich kościołów. Przez rzekę tnącą miasto na pół przerzucono tuzin wspaniałych mostów, przeważnie kamiennych ze zdobnymi balustradami i rzeźbami na przyczółkach, a pamiętających czasy Napoleona I-ego. Piękne i szerokie bulwary nadrzeczne tętnią życiem wieczornego miasta, muzyką i stukotem setek szklanic piwa. W gęstniejącym mroku Bazylea pokrywa się kolorowym światłem lamp ulicznych i podświetlanych budowli. Uciekamy z tego wieczornego zgiełku sobotniej kanikuły w ciszę przedmieścia i znajdujemy przytulne miejsce na kawałku trawy, między cicho szemrzącym strumieniem, a tyłem magazynu. Mamy więc naszą drugą noc miejską i pierwszą na alpejskich rogatkach.

Wszystko zapowiada się jak w bajce. Pełne słońce, 26 stopni ciepła, równiutka szosa, wolniutko rosnące górki wokoło, pierwsze tunele i pierwsze widoki. Już trochę znamy Alpy i już nieco o nich pisałem, nie będę się więc rozwodził zbyt dużo, jak one znów rosną nam w oczach i jak rosną nasze serca, gdy po raz drugi zagłębiamy się w tą krainę. Tu jest jednak nieco inny krajobraz niż od strony Alp Bawarskich, inne są miasteczka, trochę różni są też ludzie. Właściwie, to czujemy się jak we Francji. Mówi się po francusku, takie też są nazwy miast, ulic, jezior i gór. Praktycznie, to żaden inny język tu nie chwyta, a z pośród 5-ciu które znam, akurat francuski jest moją piętą Achillesa, choć lepiej by tu było zacytować pewną znajomą damę, która z filuternym uśmiechem kiedyś rzekła: - „Francuski...? - to ja znam, ale tylko po łebkach”. Z poziomu 300 metrów (Bazylea) powoli ciągniemy w górę i osiągamy pierwszą przełęcz na 827-u metrach. Spływa tu po nas pierwszy pot tej wyprawy, lecz liczne koryta z wodą, jak i strumienie pozwalają na chwile ochłody. To jest piękny rejon Szwajcarii, zielony i urozmaicony krajobraz z gęstymi lasami i czystymi jeziorami. Pas dużych jezior zaczyna się właśnie od Bielensee (z niemiecka), wzdłuż którego właśnie jedziemy. To duża, długa woda, lecz dojście do niej nie jest proste. Jak brzeg jest dostępny, to zawsze to teren prywatny, jak otwiera się trawiasta plaża, to tylko w miasteczku i mowy nie ma o namiocie. Jezioro łączy się kanałem z następnym i przy tym przesmyku po 115 km jazdy stawiamy namiocik.

A Diabłowi śniło się, że spać nie może i nie wie w końcu, czy to był sen czy jawa, bo faktycznie jest kompletnie niewyspany. Sprzyja nam za to droga prowadząca białą asfaltową kreską prościusieńko na południe do Genewy.


To jeszcze dużo kilometrów i musimy tam dotrzeć dzisiaj, jako że mamy obstalowaną wizytę i nocleg u córki znajomych z Polski. Udało się nawiązać kontakt komórką, która przy okazji zjadła niewyobrażalną ilość złotówek. Kiedy wreszcie rozmowy za granicą będą na polską (ponoć jest w Europie) kieszeń? Od rana pogoda dała podpuchę, która skończyła się równo z południowym biciem dzwonów. Skąd my to znamy? Najpierw zaczęło mżyć, potem kropić, za niedługą chwilę padać, by ostatecznie lunąć jak z cebra. Zrobiło się szaro, ślisko, zimno i mokro. Próbujemy chwilę przeczekać w barze, ale jeszcze 100km przed nami dopinguje nas do zakucia się w wodoodporne pancerze i ruszenia przez tą myjnię. A szoruje nas ta myjnia dokładnie, bo wiatr zacina równo z południa, czyli kierunku dokąd jedziemy. Może stali czytelnicy pamiętają, że po żeglarsku zwie się to wmordewind.
Więc męczy nas ten wmordziel i kosi powierzchnię kolejnego jeziora, która błyskawicznie zmienia się w postrzępioną łuskę, a ta w krótką stromą falę. W tych warunkach tym bardziej musimy dotrzeć do Genewy dzisiaj, a myśl o suchym noclegu jest naszą najlepszą marchewką. Grzejemy więc w miarę szybko nie bacząc na strużki wody wciskającej się pod kaptur, cieknącej po spodenkach i nogach na zupełnie przemoczone buty. Powoli się ściemnia, gdy wpadamy na przedmieścia miasta. Już widać, że będzie tu co zwiedzać. W ulicznym świetle neonów, rozłożystych lamp i migających reklam zagłębiamy się w centrum i znajdujemy dworzec główny, gdzie mamy spotkanie z nieznajomą znajomą. Rozprostowujemy nogi, strzepujemy krople wody z ubrań i oglądamy się w szybach, czy nadajemy się na spotkanie z KOBIETĄ. Lustracja nie wbija nas w zachwyt, za to spotkanie z Kamilą – bo tak ma na imię ta wysoka, ładna i młoda pani, przyspiesza nam lekko bicie serca. Zasypuje nas z miejsca potokiem pytań i już za chwilę nasze bagaże lądują w samochodzie, a my pustymi rowerami rwiemy za dziewczyną, która jak pilot prowadzi nas ulicami Genewy. Nocleg będzie jednak nie w domu, tylko na działce 17km za miastem i co ciekawe – we Francji. Rowery odstawiamy do piwnicy i mimo późnej pory, zmęczenia po 145-ciu km deszczowego etapu (akurat nie pada), decydujemy się zerknąć na Genewę nocą. A jest na co patrzeć, szczególnie z wysokiego płaskowyżu, gdzie panorama kolorowo skrzącego się miasta przypomina wielkie, dogasające ognisko. Szopa na działce nie jest zbyt przytulna, lecz nieprzepuszczalna dla deszczu bębniącego znów po dachu.    

Wspaniałe śniadanie nazajutrz u naszej gospodyni w domu jest tak smaczne, jak zapewne jej pełne usta i piersi. Nie tylko jemy wyśmienity ser szwajcarski, ale dostajemy jeszcze po dużym kawale na dalszą tułaczkę. Wyspani, syci i żądni wrażeń wyruszamy na zwiedzanie Genewy i czekający nas dzisiejszy etap do Francji, gdzie notabene już byliśmy w nocy. Najpierw wizytówka miasta, czyli słynna fontanna bijąca wprost z jeziora Lemańskiego (Genewskiego) na wysokość 130-tu metrów. Potężny bicz rozpyla się na górze w perlisty pióropusz znoszony wiatrem w bok na odległość równą co najmniej jego wysokości, tworząc mglistą kurtynę, którą, niestety niewidoczne słońce, z pewnością zamienia w cudowną tęczę. Podążając dalej bulwarem, nie możemy nie zrobić sobie zdjęcia, przy nie mniej sławnym zegarze kwiatowym. Na tle wielkiej tarczy z kolorowych kwiatów przesuwa się monstrualny sekundnik, a wskazówki pokazują godzinę ze szwajcarską precyzją. Cyfry godzin, to pięknie przycięte wielobarwne klomby. Paręnaście ruchów pedałami i już stoimy przy pomniku-mauzoleum Brunschwika – wielce zasłużonej osoby dla Genewy. Jego posąg-sarkofag wyniesiony jest 15 metrów nad ziemię i spod ozdobnego baldachimu wystaje łysa głowa leżącej postaci z marmuru. Oglądamy Pałac Narodów szczycący się nieskończoną liczbą potężnych kilkupiętrowych wąskich okien. Genewa, to jak wiadomo, siedlisko najznamienitszych organizacji globalnych i centrum wielkiej polityki światowej. Podziwiamy nowoczesny budynek UNICEF-u, objeżdżamy wokoło siedzibę Czerwonego Krzyża, zaglądamy przez wysoki parkan do okien Międzynarodowej Organizacji Pracy i dłuższą chwilę spędzamy pod okazałym kompleksem ONZ-tu. Próbujemy wjechać na dziedziniec, lecz wartownicy nas zatrzymują – nie ma zwiedzania bez specjalnego glejtu. Objeżdżamy więc duży plac w pobliżu wyłożony wielkimi, gładkimi i błyszczącymi płytami z marmuru. W pewnej chwili cała powierzchnia zmienia się w jedną fontannę, bo z płyt nagle wystrzela - ku uciesze siedzącej na ławkach gawiedzi - szachownica wodotrysków, mocząc nas skutecznie. Czy ktoś tym steruje z ukrycia? Jeszcze nam włosy nie wyschły, jak stajemy przed Krzesłem Olbrzyma. To drewniane krzesło stojące na środku pokaźnego placu, ma na oko z 15 metrów wysokości i kompletnie nie wiemy, kto na nim zasiadał. Tylko mu korniki lub wandale jedną nogę postrzępiły. Za to romańsko-gotycka katedra St. Pierre oczarowuje nas zupełnie swoją klasycystyczną fasadą. Mimo kiepskiej pogody spore tłumy spacerują po mieście i stwierdzamy, że około 70% biomasy ludzkiej jest w kolorach czarno-żółtych, co Genewę czyni podobną do znanej nam z pierwszej wyprawy Lizbony. Zaczyna padać gęsta mżawka, co potęguje naszą wściekłość na aurę, bo oto stajemy na ulicy o nazwie „Mount Blanc” która, o czym wiemy, prostą linią celuje w ten odległy o 120km szczyt, znakomicie widoczny przy dobrej pogodzie.

Jeszcze dziś musimy wyruszyć w drogę na etap do Francji, więc resztę Genewy zostawiamy wyobraźni. W kropiącym deszczu pędzimy zupełnie płaską drogą w stronę Chamonikx. Jeszcze nas grzeją pożegnalne całusy uroczej i gościnnej Kamili, gdy rozpętuje się niezła ulewa. Przedmieścia Genewy szybko zostają z tyłu i nie wiemy nawet kiedy wjechaliśmy do FRANCJI. Trudno się połapać, że to nastąpiło, bo nie zmienił się język, nazwy ulic, szyldy, reklamy, ani nawet ludzie. Że to kraj Napoleona, orientuje nas dopiero waluta przy pierwszych zakupach i małpa (czyli mapa). Już 60 kilometrów przebijamy się przez gęsty prysznic i trudno nam się pogodzić z tym pogodowym pechem. Wszak przerabialiśmy to rok temu! Powrót Różowej Pantery – ok., ale klątwy? Po kolejnych 20km dostrzegamy tajemniczy budynek i los nam zsyła tak potrzebny na dzisiejszą noc „straszny dwór”. Wciągamy maszyny na piętro rudery, która ma jednak widoczne ślady zaczętego remontu. Usiłuję zliczyć w pamięci, ile to już takich zabytków adoptowaliśmy na noclegi w ciągu sześciu lat wypraw?

Za oknami tańczy ulewa i wprowadza nas w słodkie sny o słonecznych Alpach i skrzących się śniegiem szczytach. A ranek budzi nas w okolicach 6-tej godziny głośnym – „bonjour”! Dwóch majstrów lawirując między naszymi posłaniami przystępuje do mierzenia okien, zapisując skrzętnie pomiary w kajecie. Zupełnie nie okazują zdziwienia, a nawet uśmiechają się przyjaźnie opowiadając (po francusku) jak i oni korzystali tu z noclegu. Podejrzewam jednak, że rowerów nie mieli. Zniknęli tak szybko, jak przyszli, lecz deszczu nie zabrali ze sobą. Znikła nam też francuska musztarda ze śniadaniowego menu, którą ledwo napoczętą znaleźliśmy wczoraj na oknie. Diabeł dopełnił ją całkowicie nocnym moczem, tak jak i 4 puste słoiki, puszkę po konserwie, odcięty karton z mleka i pół zardzewiałego wiaderka. Dlaczego rozcieńczył musztardę? – tego nie był w stanie powiedzieć i zwalił to na złą pogodę w nocy.


Do Chamonix jeszcze 40 km, a altimetr pokazuje raptem 450m wysokości. Deszcz gęstnieje i zmienia się w ulewę, stajemy więc chwilę na opuszczonej stacji kolejowej, by potem ruszyć z kopyta i zanim się obejrzeliśmy, stoimy pod stromo wznoszącą się estakadą no słupach. Tu do celu już tylko 20 km i 10% nachylenia. Bułka z masłem. Wąż samochodów wolno wspina się w górę, ciemne chmury z deszczem zastąpione zostają suchszymi białymi obłokami, które całkowicie połykają góry, które muszą tu być! Zaczynamy powolną wspinaczkę bardzo dobrą, szeroką szosą, przerwaną jednak szybko, stopującą nas policją.
 - Mounsier, tu nie wolno rowerem! – uprzejmie, lecz stanowczo rzecze żandarm marszcząc brwi. – Mandatu wam teraz nie dam, proszę się cofnąć do pierwszego sortie na lokalną drogę, będzie trochę w górę, życzę powodzenia!
Trochę skwaszeni, wszak nie było zakazu, cofamy się do tego zjazdu i z mety zaczyna się stromy podjazd. Bardzo szybko niknie nam szeroka szosa odgrodzona ścianą drzew wspinających się na pochyłe stoki, między którymi dwunastoprocentowym podjazdem, jak wąż pełznie wąziuteńka serpentyna. Wciągamy w płuca zapach gór i przyrody, i – już nie żałujemy tego zwrotu akcji. Przecież po to tu przyjechaliśmy, by zobaczyć tę krainę także od zaplecza, poznać to, czego nie ma w przewodnikach i kolorowych folderach, uciec od zgiełku nachalnej cywilizacji i wszechobecnej komercji. A tu z rzadka mija nas samochód, którym śpieszą ludzie mieszkający w którejś z malutkich wioseczek. I też tu, zatrzymawszy się na 1100 metrach wysokości, z perspektywy małej polanki wyżej linii drzew - zachwyconym wzrokiem omiatamy pięknie wyrzeźbiony krajobraz falistymi uskokami lasu i naszej mozolnie pokonanej drogi, aż do cienkiej jak źdźbło trawy, drogi głównej. Malutkie punkciki domków skupione w osadach i te inne samotne, porzucone gdzieś na zboczach, mgliste jary i wąwozy, rozpadliny bez dna, łany łąk i srebrzyste oczka stawów, wszystko to tworzy żywcem wzięty obraz z alpejskich pejzaży i widokówek. Mijamy stada brązowych, tłustych krów z wymionami jak balony, a chęć bierze popieścić te sutki. Szklanka świeżego, ciepłego mleka - czy to kradzież? W obejściach nie widać ruchu, zawarte są wrota, ptactwo nie biega po poboczach, jest cicho, sielsko i rzec można anielsko. Gdyby nie warkot auta wspinającego się czasem w górę, można by się poczuć, jak w dziczy mrocznego matecznika. Osiągamy najwyższy punkt drogi, zrobiło się płasko, las się przerzedził i zjawiły się zręby czarnych, wilgotnych ścian skalnych.


Droga gwałtownie skręca w prawo, mur z granitu rwie się poszarpanym uskokiem i otwiera się przed nami szeroka dolina. I znowu stajemy zauroczeni, bo przed nami piętrzy się czoło potężnego lodowca, który brudnosinymi kaskadami spływa z chmur w pociętą strumieniami i zawaloną piargami kamienistych rumowisk nieckę. Zaczyna znów podać drobny, zimny deszczyk zacinając w twarze rytmem podmuchów ciągnących z doliny. Zaskrzypiały krzesełka wyciągu narciarskiego stojącego na zielonym dywanie pochyłego stoku. Dostrzegamy zabudowania stacji narciarskiej, znikającej powoli w schodzącej coraz niżej mgle. Nie ma też ponadtrzytysięcznych tu gór, znika lodowiec, znika dolina, za chwile zniknie i mój towarzysz wraz z nadziejami, że cokolwiek zobaczymy. Czy ta klątwa się skończy? Czy będzie nam dane zobaczyć dwór królowej Alp, Białej Góry?

Wjeżdżamy do Chamonix. To kultowe miasteczko zimowej olimpiady robi na nas duże wrażenie nie tyle swoim urokiem, co raczej magią usytuowania i sławą. Kręta uliczka wprowadza nas w zabudowania typowe dla górskiego kurortu. Jest jeszcze jasno, deszcz trochę przystopował, po ulicach kręcą się w obie strony auta i z głośnym gwarem spacerują turyści. Najpierw trzeba zabazować, więc szukamy niedrogiego kampu. Jak powszechnie wiadomo, nie ma miejsc na ziemi bez Polaków, więc bez trudu lokalizujemy grupkę rodaków usiłujących dociec, gdzie powinien być Mount Blanc. Można to sprawdzić tylko kompasem, bo gór nie ma, co żywcem przypomina nam Flims z ubiegłego roku. Nie widać tu nawet dolnych regli, skąpanych w mleku nie wydojonych chmur. Rozmawiamy chwilę, patrząc, jak z niedowierzaniem gapią na nasze rowery, poczym głośno złorzecząc na pogodę, dają nam namiar na kemping. Zielony namiocik już stoi, skasowano po 7 euro za dobę, i myśląc już o wieczornym natrysku wraz z kolacją na prawdziwym stole, dosiadamy pustych maszyn.


Chamonix jest urokliwe, choć nie koniecznie większe od Zakopanego czy choćby Szklarskiej Poręby. Typowa górska enklawa osobliwego folkloru tego rejonu wysokich Alp. Wykwintna komercja, snobizm i turystyczna czarna dziura. Bez kozery rzec można – pół świata tu ściągnęło i siedzi w kawiarenkach lub galopuje po rasowych deptakach. W tej leżącej na 1035-ciu metrach wysokości alpejskiej stolicy, termometr dziś pokazuje 13 kresek, co wcale nie schładza gorącego nastroju różnobarwnych grup ludzi z Kanady i obu Ameryk, bliższego i dalszego wschodu z Japonią na czele, z krainy kangurów, a nawet z Ceylonu, o starej Europie nie wspominając. Ładna zabudowa stylowych budynków wije się wzdłuż uliczek i zielonych klombów z licznymi drzewkami, a sklepy wabią bogatym wystrojem w połączeniu z reklamą lokalnych produktów. Hoteli i knajpek jest jednak więcej, a nazwy ich związane są z wszechobecnym Mount Blanc. Spacerkiem mijamy duży ogród eleganckiej restauracji, którego podwoje strzegą 3 diabelskie ognie ziejące z otworów wielkiego, w semickim kształcie, lichtarza. Centrum miasta jest przestronnym placem otoczonym budynkami w żółtym kolorze z czarnymi okiennicami i fantazyjnymi balustradami balkonów. Uwagę naszą przyciąga okazały pomnik w środku.



Na wysokim kamiennym cokole stoją dwie postacie. Jedna z nich, to stary przewodnik alpejski w dziewiętnastowiecznym surducie, wskazujący wyciągniętą ręką stojącemu obok zdumionemu „ceprowi”, prosto na Mount Blanc. Biegniemy wzrokiem za tym palcem - tam gdzie ma być góra – stoi chmura. Jak długo patrzą oni z tego cokołu na królową niewidoczną teraz dla nas? 100 lat? Szybko objechaliśmy całe Chamonix i choć jest ono większe niż olimpijskie Lillehamer, nieco mniejsze od Insbrucku, to porównywalne do naszego Karpacza bez Bierutowic. Ja zwracam jeszcze uwagę na piękne, wielkie i puszyste koty (alpejskie?) wylegujące się na parapetach i balustradach. Właśnie taki rudzielec mieszka w zagrodzie koło kempingu, a daje się głaskać, głośno mrucząc. Temperatura spada do 6-ciu stopni, w nocy ma być 3, więc śpimy ubrani arktycznie, sprawdzonym sposobem z Norweskiej tundry. Czy zobaczymy Białą Górę??
 
                                                      
DWA SERCA ALP
 
A jednak!! Namiot świeci na zielono. Świeci, to mało powiedziane, on płonie i grzeje jak zielona kwarcówka. Wyskakujemy ze śpiworów jak prażona kukurydza, a słońce przez moment nie pozwala nam otworzyć oczu. A gdy się już otworzyły, otwierają nam się też buzie. Na wprost nas, w tle nieskazitelnego błękitu wznoszą się oślepiająco białe szczyty. Rozpoznaję tę bardzo charakterystyczną linię dwugarbnej góry – to Mount Blanc! Dłuższy czas wpatrujemy się w masyw, jak w nieziemskie zjawisko i szybkim ruchem głowy omiatamy widoczny horyzont. Las szczytów, ani pół chmurki, błękit i biel – coś niesamowitego, koniec klątwy! Uwijamy się jak w ukropie, jest późno, a góry czekają. Ubieramy się enduro i tak jak ongiś na Kaukazie pod Elbrusem (patrz D. podróż 2), pędzimy na kolej linową, by z bliska zobaczyć to pierwsze serce Alp. I na ten moment czekało pół świata w Chamonix. Nieprzebrane mrowie ludzi kłębi się przy dolnej stacji i wije w długich ogonkach. Jest 8,30 i zdajemy sobie sprawę, że powinna być 6-ta, by udało nam się zrealizować wszystkie plany. Góry są wieczne, dzień nie. Rozglądam się po publice i widzę nie tylko pełen przekrój ras i narodowości, lecz też wieku i statusu. Są wspinacze dzwoniący rzędami klamer i karabinków u pasa, są rasowi turyści w kolorowe kaftany odziani, stoją całe kompletne i niekompletne rodziny z małymi dziećmi na rękach, równym rzędem nowoczesnej stomatologii śmieją się dziadkowie, głośnym piskiem jazgoczą malcy z rękawiczkami na sznurkach, a zdumienie nasze budzą sprawni inaczej, przykuci do wózków. Zdecydowany prym wiodą japońcy, jak pancerniki najeżeni lufami obiektywów. I to mrowisko mają zabrać czerwone wagoniki cicho sunące jeden po drugim na cel nr 1 – Aiquille du Midi (Igła Południa) – igielny szczyt na wprost Mount Blanc. Decydujemy się kupić całodzienny bilet za 46 euro na wszystkie wyciągi i koleje zębate. A jest tego dużo, jak pajęczyn w starej piwnicy. Chamonix położone jest w dolinie wtopionej między 2 łańcuchy górskie z licznymi lodowcami, których jęzory dostrzegamy w miarę napowietrznej wędrówki w górę. Kolej pokonuje różnicę ponad 2800 metrów w pionie i szybko zielone zagony u stóp szczytów zmieniają się w nagie ściany naszpikowane przepaściami i polami śniegu. Z minuty na minutę robi się zimniej, szumią kamery (moja też) i panuje ogólne podniecenie. Patrząc uważnie w dół, można dostrzec czarne punkciki ludzi, którzy zaufawszy własnym siłom mozolnie pną się w górę. Zazdrościmy im. Gdybyśmy byli przygotowani na to sprzętowo, a przede wszystkim czasowo – to i nasz ślad zostałby tam na śniegu.


Ekwipunek wysokogórski można ostatecznie za słoną opłatą pożyczyć, czasu już nie. Jest możliwość nawet i wejścia na sam Blanc (organizują), ale poza zaporową ceną za przewodnika, trzeba na to mieć oprócz kondycji, jeszcze 3-4 dni czasu. Więc, nadal im zazdrościmy. Lądujemy na pierwszej stacji pośredniej Plan de L’Aiquille, 2317 m. Z tego punktu prowadzi parę oznakowanych tras pieszych, m in. w dół do Moutenvers (1913 m) i dalej koleją zębatą do Chamonix, lub można zejść wprost do miasta, co zajmuje 2,5 godziny. Jest też trasa wspinaczkowa na Igły Chamonix (Aiquilles de Ch.), co jest sporym wyzwaniem. Wszystkie Igły (jest ich więcej) są wspaniałymi formacjami nagich skał, wyraźnie sterczących ze zwartych masywów, na kształt gigantycznych stalagmitów do wysokości 4000 i więcej metrów. Po przesiadce, wagonik stromo pnie się w górę. Otwierają się kolejne przepastne widoki, a na stromych ścianach śnieg już się nie trzyma, długimi jęzorami zsuwając się do ocienionych żlebów. Samo Midi jest nagą skalną włócznią, o praktycznie pionowych ścianach, lecz całkowicie zaadoptowaną przez cywilizacje. Stacja górna, to mały dworzec w dużym mieście. Sklepy, cafeterie, restauracja, imbis i inne udogodnienia. Przez obszerną, wykutą w litym lodzie komnatę-grotę zrobiono wyjście na zewnątrz i stąd złaknieni silniejszych wrażeń turyści wypuszczają się w Alpy. Widzimy grupy z przewodnikiem, jak też samotnych alpinistów obładowanych linami i brzęczącym sprzętem. To nie koniec także naszej jazdy. Na sam czubek góry prowadzi jeszcze winda wewnątrz iglicy i ostatnie 80 metrów pokonujemy w pionie.

Silny powiew mroźnego wiatru smaga nam twarze, gdy wychodzimy na widokowy taras zalany słońcem i tłumem ludzi. Przez moment czujemy wysokościową chorobę. Te 3842m daje znać małymi zawrotami głowy, które mijają po chwili. A więc na jeszcze większej wysokości aklimatyzacja musi zająć trochę czasu. Czujemy duże podniecenie i ulgę, bo oto na wprost nas, na wyciągnięcie ręki, na (odpowiednio daleki) rzut beretem – stoi otoczona całym dworem - Biała Góra!! Pamiętam dobrze, jak wjeżdżając kiedyś koleją pod Elbrus, wzruszenie zatykało mi krtań, a łzy nie mieściły się pod powieką. Wtedy utęskniony cel osiągnęliśmy po ponad trzech tygodniach i 2500 kilometrach jazdy. To była wielka sprawa. Dziś jesteśmy przy innym celu, osiągniętym po 400-tu, lub jak kto woli 1630-tu kilometrach kręcenia, jeśli wliczymy w to też dystans z poprzedniego roku, gdy nie udało się tu dotrzeć. Dziś łzy mi nie płyną, ale czuję wielką satysfakcję, stojąc przed tym drugim Dachem Europy, osiągniętym na wyprawie rowerowej. Panorama szczytów jest imponująca, bo jak może być inaczej, skoro wokół królowej skupiła się cała elita czterotysięczników i jeszcze wyższych towarzyszy. Trzeba przyznać, że sam Mount Blanc przy swoich 4810 m wysokości nie jest zbyt piękny i trudny do wspinaczki. Masyw ma w miarę łagodne kształty i pokryty jest grubą warstwą lodu ze śniegiem, więc nie stromy. Szczyty wokoło są znacznie dziksze i smuklejsze, o pionowych ścianach z nagiego granitu. Igły Chamonix, to szczęka Tyranozaura, Grandes Jorasses, to wysoki na 4208m bastion o płaskim wierzchołku i pionowych murach, Mount Mandit, to skalny palec olbrzyma z ostrym czubem. Bliski sąsiad królowej Donne de Gouter ma 4304 metry wzrostu i wychodzi z jej łona łagodnym łukiem białej przełęczy, a śnieg oblepia go po sam czubek. W dolinach i gigantycznych żlebach widać błękitne jęzory epoki lodowcowej. Wieje tak mocno, że mikrofon kamery rejestruje tylko gwizd i wycie wichru, pomijając zupełnie słowa pozdrowienia wygłaszane z tego niezwykłego miejsca do rodziny i przyjaciół. Żeby nie mocne słońce, parzyłby nas tęgi mróz, a tak jest tylko minus 2 stopnie. Cały taras roi się od ludzi, a my znowu zazdrośnie spoglądamy na małe sylwetki wspinaczy, które jak paciorki różańca rozsypanego na śniegu, wolno pełzną niewidocznymi szlakami. Inni za to mozolnie, wspierając się czekanem i rakami podchodzą na wyniosłe skały tuż przy tarasie i wydaje się, że sięgną zaraz ręką balustrady, jednak oddziela ich wielometrowa przepaść. Słońce wznosi się dokładnie nad M Blanc (południe) i biel śniegu z masywu zupełnie oślepia i nas, i obiektyw aparatu. Zobaczymy się więc później na fotkach, jak dwie czarne zjawy w tle cynkowej bieli góry. Z tarasu schodzimy na śnieg i spacerujemy po małym plato czubka Midi. Nieopodal jest górna stacja kolejki na włoską stronę do Pointe Hebronner, 3462 m. Wagoniki kołysząc się suną na dużej wysokości nad lejowatą doliną Gros Rognon, zapadliskiem pokrytym 10-cio metrową warstwą śniegu. Nie mamy niestety czasu skorzystać z tej atrakcji. Jadąc w dół wypełnionym wagonem, przypominam sobie historię tej pięknej kolei linowej. Budowę zaczęto w 1911 roku, którą przerwała I wojna światowa. Potem ją kontynuowano i od 1924 do 54 kolej pracowała nieprzerwanie. W tym też roku zaczęła się przebudowa i po modernizacji w 1990, pracuje tak do dziś. Głośne - „oooch”, wyrywa mnie z historycznych kontemplacji, bo właśnie wagon pokonał wysoką podporę i bystrym lotem szybuje w dół, podnosząc nam żołądki w okolice gardła. Kolej jedzie bardzo szybko.


Chamonix, jak małe mrowisko na skraju lasu, szybko zmienia się w pełnowymiarowe miasteczko, przez które pędzimy, co sił w nogach na przeciwległy kraniec. W całym regionie masywu M Blanc jest 8 kolei linowych prowadzących na różne szczyty, odwiedzane szczególnie w zimie, gdzie jest prawdziwy narciarski raj. Są też dwie koleje zębate, zwane „górskim tramwajem”, które wciągają się do 2000 m wysokości. Cały masyw jest w zasadzie jednym, wielkim łańcuchem górskim, ciągnącym się ponad 30km nad doliną, gdzie od osady Le Fayet na 580 m wysokości, przez Chamonix dotrzemy do Vallorcine koło Szwajcarskiej granicy, 1264 m w górze. Tu jest ostatnia kolej linowa i koniec tej magistrali pierwszego serca Alp. Dwa tygodnie jest za mało, by poznać i przeczesać tą górską metropolię. My chcemy koleją zębatą przenieść się parę kilometrów na lewo od Mt. Blanc, gdzie dolinami rozczepiającymi łańcuchy górskie, wylewają się jęzory lodowców. Jest ich co najmniej 6 i kilka pomniejszych, bez nazwy. Na dworcu stoi malutki parowozik-pomnik, pamiątka dawnej kolei zębatej. Bardzo nam się podoba. Po krótkiej chwili, siedząc już wygodnie jak w tramwaju, mkniemy kolejką w górę, podziwiając panoramę za oknem. W dalekiej perspektywie widać zęby Igieł i całą grupę stożkowych szczytów strzelających w niebo z białych pól śniegu i lodu. Widzimy fantastyczne, znane ściany wspinaczkowe z którymi tylko giganty Trollvegen mogą się równać. Kolej (tramwaj?) wspina się wężową serpentyną na zbocze Moutenvers, 1930 m, położone w pobliżu wielkiego lodowca Mer de Glace (Morze Lodu) spływającego z bastionów Grandes Jorasses. Widzimy niedawno „zdobytą” Midi i nie mniej sławną Aiquille Verte (Surową Igłę) o imponującej, 4121 m wysokości – wypisz, wymaluj – megalityczny olbrzym rodem z Ku-Klux-Klanu, którego stożkowy, biały kaptur wznoszący się między szerokimi ramionami z brunatnego granitu, spływa szeroką strugą białobłękitnej lawy, wprost w bok następnego wielkiego lodowca D’Argentiere. Ten lodowo-śniegowy żleb łączący szczyt Igły z lodem, jak nic, ma 5-6 kilometrów długości. W pobliżu umieszczono kolej linową, którą niestety już nie zaliczymy. Jesteśmy na górze, kolorowy tłum wysypuje się z wagonów i unosi nas od razu na brzeg urwiska, spadającego dobre 100 m w dół stromymi uskokami wprost na „Morze Lodu”. Wije się on klasyczną u-kształtną doliną, ale to nie morze lodu, prędzej morze piargów. Trudno jest wypatrzyć lód, cały jęzor zasłany jest masą drobnej skały i brunatnej ziemi. Nie ma błękitu lodu, nie ma też charakterystycznej scenerii fantazją natury zrobionej. Rozglądamy się wkoło podziwiając majestat gór i zapobiegliwość o turystów, bo w zasięgu ręki jest wszystko, no, może z wyjątkiem nocnej dyskoteki. By dostać się na dół, zbudowano małą kolej gondolową, która zwozi nas wprost na lodowiec. Dopiero na dole widzimy potęgę tego potwora. W pewnym miejscu lud jest równo ucięty i ściana wznosi się na dobre 20 metrów. Niestety, lodu nie dotkniemy, gdyż odgrodzono go barierkami, a wielka atrakcja tej wycieczki – grota lodowa – jest nieczynna. A liczyliśmy na buszowanie we wnętrzu jęzora!

Już 17-ta na zegarku, pogoda nadal piękna, blask słońca bijący od śniegów zwęża nam źrenice i nie zdążymy już do następnych atrakcji, właśnie za jego sprawą. To ono wygenerowało oszalałe tłumy ludzi tworzących milowe kolejki w których staliśmy, tracąc bezcenny czas poznania. Zostaje nam więc dalsze zwiedzanie miasta i okolic. Wracamy do rowerów i do zachodu słońca krążymy po okolicy. Lecz powrót jest pieszo, bo nareszcie złapałem gumę. Należy nam się dobra kolacja, co oczywiście czynimy na wygodnym stole w polowej „stołówce”. Tutaj dobrym zwyczajem turyści zostawiają, co im jest zbędne, mamy więc musztardę, keczup, sosy, cukier i sól, wszelakie przyprawy, oliwki w oleju oraz szczelnie zapakowany świeży bochen chleba, który ktoś niefrasobliwie (lub nieodpowiedzialnie) wywalił do śmietnika.
Ta druga noc pod Mount Blanc jest dla mnie niezwykła i niezapomniana, a to za sprawą snu, jakiego w życiu chyba jeszcze nie miałem. Chodzi o kolory. „Życzę snów kolorowych” – tak się mawia, nie jest to więc normalka. To, co ja zobaczyłem w tym bajecznym „filmie” - pamiętam dokładnie do dziś.

Oto wiec jestem na jakiejś wyprawie rowerowej, i stopuję w bajecznie kolorowym miasteczku - nie wiedzieć czemu - w Czechach. Tak, właśnie tam, a miejscowość zwie się Hrynda (sprawdziłem na mapie, nie ma). Zsiadam z roweru, by zrobić krótki odpoczynek w trasie i odwiedzić tu jakąś tajemniczą kobietę. Jest ciepło, ulice w błękitnym kolorze oddzielone są od zabudowań pomarańczowym chodnikiem. Przecudnej urody kamieniczki w fantazyjny sposób zbudowane, wyglądają jak poskręcane bryły, pływające falującymi liniami pionów i płaszczyzn, a wszystkie w kolorach z nieziemskiej palety barw. Nad miasteczkiem wznosi się purpurowa góra o łagodnych i gładkich stokach, na szczycie której stoją w kolorze szkarłatnej czerwieni, dwie baszty. A wszystko to na tle fioletowego nieba bez słońca. Uliczkami wolnymi od jakichkolwiek pojazdów przechadzają się wzorzyście odziani ludzie, inni stoją na balkonach, jeszcze bardziej fantazyjnych od dzieł Gaudiego w Barcelonie i machają przyjaźnie rękoma. Tuż za górą i zabudowaniami zaczyna się krajobraz z „Władcy Pierścieni” żywcem wzięty, lecz przewyższający go fantazją kolorów i kształtów. Z głębokiej doliny zasnutej różową mgłą strzelają w niebo góry, które według zasad fizyki, nie mają prawa stać w ogóle. Głęboka czerwień skał, kontrastuje z niebieskim kolorem drzew o złotych liściach. Na pionowych, a raczej przewieszonych ścianach rosną gigantyczne polipy w beżowym kolorze, a wśród nich wiją się srebrne nitki ścieżek po których mkną malutkie punkciki... rowerzystów! Zwracam wzrok w stronę miasta i zdumiony dostrzegam kolejne dziwy. Jak by na schodkowej piramidzie Majów zbudowane, stoją jeden nad drugim rzędy pubów i knajpek, a idzie się do nich skośnymi, w kolorze indygo alejkami zygzakiem oplatającymi piramidę. Te puby mają kształt leżącej gruszki i wejście po jej grubszej stronie zasłania czarna stora, haftowana złotym, o niezwykle skomplikowanym wzorze szlakiem. Po środku tej kotary wizerunek czarownicy na miotle jest w szafirowym odcieniu, a gruszki tych kawiarenek czy piwiarni mają strukturę skorupy orzecha ziemnego w tonacji tęczowego brokatu. Zostawiam więc rower w bramie domostwa i szukając miejsca spotkania z tajemniczą pięknością wolno spaceruję uliczkami, rozglądając się wokoło. Staromodny zegar na kamienicy pokazuje właśnie godzinę 25-tą (??), a ja stwierdzam, że już późno i nie zdążę dojechać gdzieś tam do celu. Ulica zapala się lilowym światłem lampionów, zapada cisza, a przechodnie szybko znikają za złotymi bramami. Ja odnajdują swoją, rower stoi, lecz brak mu tylnego bagażnika(?). Słyszę jakieś głosy, wysoki sopran przebija się gdzieś, krzycząc moje imię, wieże na wzgórzu zapalają się jeszcze krwawszą czerwienią i - ktoś chwyta mnie za ramię. Nagle robi się wokół zielono i gromki baryton – słońce!! – wyrzuca mnie z bajkowego świata snu w bladą rzeczywistość kolejnego dnia.
 
 Jeszcze w głowie tlą się kolory tej niezwykłej nocy, gdy już dosiadamy pustych maszyn i wczesnym rankiem pędzimy na spotkanie z widzianym już wcześniej lodowcem La Basson, wychodzącym wprost spod Mount Blanc. Dziś mamy nadzieję zobaczyć go z bliska i w całości, bo pogoda jest wyśmienita. Szybko zjeżdżamy z głównej drogi na wąziutką asfaltówkę, która z mety sunie stromo w górę, osiągając błyskawicznie 11% nachylenia. Zagłębiamy się w las, dróżka zakosami pokonuje zbocze, by po godzinie jazdy wprowadzić nas na dużą zieloną polanę otoczoną falistymi stokami. Już tu byliśmy, jadąc do Chamoinix. Stacja narciarska i wyciąg, zimą musi być super! Z daleka, dość wysoko w górze widać lodowiec. Prowadzi tam wyboista, stroma ścieżka – rowerem nie da rady. Przypinamy je do drzewa (tu nie kradną) i dalej już na własnych butach. Droga jest kamienista z wieloma uskokami i progami, a gdzieniegdzie przecina ją wartki strumień. Jest mokro. Wychodzimy z lasu i dukt wijąc się wzdłuż skalnej ściany, nagle wprowadza nas na taras malutkiego schroniska-knajpki. Stoją stoły z ławami, jest mały bufet i sklepik z pamiątkami. To koniec wędrówki. Otoczony balustradą taras wysunięty jest na zbocze skarpy, stromo spadającej w dół i ginącej w wykrotach rumowisk podnóża lodowca. Widzimy go jak na dłoni w odległości ok. 80 m, lecz drogi do niego niestety nie ma. Jest podobny do tego pierwszego, który 2 lata temu widzieliśmy w Norwegii. Wylewa się z gardzieli potężnych moren bocznych, a kończy rumowiskiem skalnym pociętym siecią krętych strumieni, które łączą swe siły w rwącą górską rzekę, spadającą wieloma wodospadami w dół. Widzieliśmy ją z daleka jadąc tutaj. 

 

Lodowiec La Basson jest tworem wspaniałym i w odróżnieniu od poprzedniego, to on powinien być „Morzem Lodu”. Jako żywo jest to wzburzone morze ścięte w oko mgnieniu kosmicznym mrozem, który jakby zatrzymał w pełnym ruchu strome fale, pióropusze piany, przenikające się wały i bramy wodne, jak też głębokie leje i rozpadliny otwarte między spienionymi grzebieniami poszarpanych grzywaczy. Cały lodowiec jest jak gigantyczna rafa, to jeden wielki, lodowy chaos!. Wszystko to w kolorze ciemnego błękitu skrzy się milionem refleksów od pełnego słońca i można sobie tylko wyobrazić, jak wielkie są te bloki, zwały, kolumny i seraki z lodu, bo góra lodowca jest w odległości paru kilometrów, a mimo to, fantastyczne rzeźby widać bardzo wyraźnie. Z kolei na dole, przy lodowej bramie dostrzegamy maleńką sylwetkę człowieka. Więc znalazł się śmiałek, który potężnymi wykrotami dotarł do czoła i zagląda w czarną gardziel. I znów zazdrościmy (ale głupio), bo nam brak czasu i butów na taką eskapadę, i dziś musimy opuścić Chamonix. Ale w myślach sobie postanawiam – w przyszłości koniec ograniczeń! Bierzemy bezpłatny urlop, L-4, wezwanie od Papieża, nawet bumelka – ale czas musi być na wszystko      

 

  c.d.n.

 

Poprzednie części relacji zamieściliśmy w dziale Turystyka/Opowieści z wypraw.

Statystyka:

 

czas wyprawy - 2x15 dni
dystans łączny - 2180 km

 

czas jazdy rowerem - 23 dni
średni dystans dzienny - 94,8km
maksymalny dystans - 145 km
odwiedzane kraje - Czechy, Niemcy, Austria, Szwajcaria, Francja, Lichtenstein

Uczestnicy
:
R de Teisseyre - fizyk Politechniki Wrocławskiej, członek DTC Wrocław, wyprawy rowerowe od 1996 r., m. in. - Hiszpania i Portugalia, wokół Bałtyku, Krym i Kaukaz, Skandynawia, Alpy. E-mail: rteisseyre@poczta.onet.pl          

 

Ryszard Grześkowiak - nauczyciel z Piły, wyprawy rowerowe jak wyżej. E-mail: rysiekzpily@interie.pl

 

Akcje Dokumentu
Powiedz nam jak sobie radzimy
Dziękujemy za wszystkie komentarze dotyczące naszych stron internetowych. Będziemy wdzięczni za wszelkie opinie dotyczące naszej działalności, które pomogą uczynić ten serwis lepszym. Prosimy o wybranie i zaznaczenie na liście odpowiednich punktów. Nie możemy obiecać, że odpowiemy na wszystkie opinie dostarczone tą drogą, ale na pewno przeczytamy je wszystkie.
Proszę zaznacz wszystkie punkty, które uznasz za uzasadnione