"Diabelska podróż" rowerem do Szwajcarii - część czwarta, ostatnia.
Czwarta - i ostatnia - odsłona niezwykle barwnej relacji z wyprawy rowerowej przez wszystkie alpejskie kraje w wykonaniu duetu polskich turystów z Dolnego Śląska.
Płacze niebo, płacze dusza, żal ściska serce, że musimy opuścić to piękne miejsce nie zobaczywszy wszystkiego, o czym marzyliśmy. Tu trzeba by spędzić dobry tydzień lub 2, by poznać choć część tego regionu, przejść (lub przejechać) po najciekawszych szlakach, ulepić bałwana śniegiem ze stóp Matterhornu, czy choćby śmignąć na deskach po którymś z lodowców. Wizyta była krótka, lecz tęsknota będzie długa, bo z całą stanowczością postanawiamy tu kiedyś powrócić. Może nie koniecznie rowerem, ale na bankowo na dłużej, bo to jest miłość od pierwszego wejrzenia. Tak, jesteśmy zakochani w Zermatt i tym królestwie najpiękniejszej góry Europy.
Od Visp, gdzie dotarliśmy w 45 minut (!), pogoda się obłaskawiła (o ironio) i w dobrych nastrojach, choć trochę jak po przerwanym stosunku, kierujemy się na północny-wschód. Można by to już nazwać drogą powrotną, choć jest to dalszy ciąg poznawania Alp i dużo kilometrów do pokonania przez jeden z najtrudniejszych dla cyklisty rejonów. Droga idzie cały czas powoli w górę. Mijamy piękne tereny, szczególnie dla narciarzy w zimie, teraz jednak zupełnie zielone i wyludnione. Cały czas horyzont zapełniony jest górami, za jednym pasmem pojawiają się następne. Co jakiś czas zagłębiamy się w nieduże zagony, w większości liściastego lasu. W małej miejscowości Fiesh dostrzegamy stację kolei linowej, której nieruchome wagoniki kołyszą się lekko na wietrze. Stalowe liny ciągną się wysoko w górę na daleki, spowity lekką mgiełką szczyt. To blisko trzytysięczny Eggishorn i obserwujemy go przez dużą szybę stacji, rozłożywszy się tu z obiadem. System posiłków zachowujemy cały czas bez zmian, tzn. robimy wszystko sami, łącznie z nieśmiertelną kawą po południu. Tu w Alpach żadne knajpy, drogo, a nawet bardziej drogo.
Nasza droga podążą w stronę dwóch wielkich przełęczy, które trzeba będzie pokonać za jednym podejściem. Z zachwytem rozglądam się wokół i podziwiam urodę krainy, która niespiesznie, w rytm obrotów pedałów i kół przesuwa się obok. To jest ta wyższość roweru nad innymi środkami, to jest to stuprocentowo pełne wchłanianie każdego atomu piękna wokoło, to jest absolutna integracja z przyrodą na dobre i złe. Gdy długie zbocze łagodnym łukiem zielonej hali ściele się poniżej naszej drogi, można wzrokiem sięgnąć aż do stóp wzniesień w oddali, które są wstępem do dalszych pasm coraz wyżej sięgających gór - i podziwiać w spokoju ten urok alpejskiego krajobrazu, niby obcego, lecz jednak bardzo swojskiego, by nie rzec, naszego góralskiego. Rozsiane, jak ręką strudzonego chłopa domki z brązowych bali, zawsze zdobne są w czerwone kwiaty na balkonach i w oknach. Równie dużo jest ślepych spichlerzyków na kamiennych nogach, lub opartych wprost na dużych głazach. Nierzadko stoją małe szałasy całkiem puste, widać pilnować nie trzeba tych stadek krów Milka, skubiących zaczyn na wieczorne mleko. Jakiś czas ciągniemy wzdłuż rzeki, rwącej coraz gwałtowniej po głazach, w miarę jak posuwamy się w górę. Nasza wąska asfaltówka ślizga się po garbach, wpada w siodła, prostuje na wzniesieniu, lecz konsekwentnie nabiera wysokości. Zostają za nami malutkie miasteczka, a może to wsie zupełnie bezludne, uśpione lub pogrążone w letargu beztroskiego bytu. I nie śpią tylko dzwony w szpiczastych wieżycach, regularnie bijąc o każdej godzinie. Tak zresztą jest w całej Szwajcarii. Samochodów jak na lekarstwo i co ciekawe – nie wszystkie jeżdżą na światłach. Potwierdzają się moje obserwacje, o swoistej swobodzie i wolności zachowań w tym kraju. Wybór zostawiono obywatelom, nie pętając ich kleszczem nakazów i zakazów. Jeśli ktoś chce jechać bezpiecznie i być widocznym, to zapala światła w aucie. Jeśli ktoś inny chce np. zaciągnąć się dymkiem, proszę bardzo, to jego wybór i decyzja. Palić można wszędzie – w banku, biurze, przedsionku sklepu, na dworcu, stacji kolei linowej, o knajpach już nie wspominając. I w każdym miejscu stoją duże popielnice z piaskiem, nawet na ulicy. Ale peta na chodniku nie zobaczysz, palących zresztą tylko sporadycznie. Papierosy są tu bardzo drogie, mieszkania także - lecz benzyna już tańsza niż u nas (sic!), i korków nie widziałem, bezdomnych zresztą też. Nie spotkałem także, tak denerwujących garbów w poprzek ulicy. Tu po prostu stoi ograniczenie prędkości - i wystarcza.
Gdy słońce zaczyna się czerwienić, góry przybierają kolor jak z mojego snu, a przestrzeń pachnie delikatnie oborą, taką czystą, tak sterylną, jak górskie powietrze zmieszane z zapachem kwiatów i zwierząt. Nie ma problemu z wodą, którą nabieramy z rurek toczących do koryt ten dar z gór, a spotykamy te wodopoje często. Uduchowieni tą poezją alpejskiego krajobrazu i klimatu, trochę zmęczeni prawie setką kilometrów górskiej jazdy, zasypiamy w ciszy ciepłej (12 stopni) nocy, 8 km od prawdziwych trudów następnego dnia.
Ostatnie 4 dni i chyba najtrudniejsze 300 km przed nami. Parę kilometrów nas dzieli od tunelu Furki, skąd zaczynają się prawdziwe „schody do nieba”. Trzeba wziąć głęboki oddech z rana, walnąć dużą kawę rozruchową i obfite śniadanie, nastawić psyche na pełen optymizm i - mocna stanąć na pedał. Dziś czeka nas ekstremalna wspinaczka i wezwanie godne, lub większe, niż Drabina Troli. Do pokonania są dwie wielkie przełęcze i niepewna pogoda dająca już znać od rana. Szybko pokonujemy długi półtunel, robimy skrót polną drogą i wpadamy na szosę tuż przed drugim, już normalnym tunelem. Z ciekawością schylam się nad plecakiem leżącym przed wejściem. Czy ktoś miał dość i postanowił atakować Furkę bez balastu? W środku jakieś ciuchy i babskie kosmetyki, zostawiamy go na miejscu. Gdy dojeżdżamy do miasteczka Gletsh dopada nas gwałtowna ulewa. Wchodzimy do informacji turystycznej przeczekać pompę i zerknąć, co tu jest ciekawego. Leżą jakieś papiery, foldery i plakaty, trochę książek, stoją puste gabloty i nie ma żywego ducha. Gdy wychodzimy na zewnątrz, przy naszych rowerach stoi jakiś niewysoki, brodaty, zakuty w pelerynę młody facet.
- Hello, how do you do? – zwracam się do gościa uprzejmą angielszczyzną.
- Hello, ja stać tu przez deszcz, milo mi znać ktoś na rower – tak z szerokim uśmiechem czarnej brody odpowiada nam przybysz, mocno połamanym angielskim.
- O, to bardzo nam miło spotkać tu w tych górach cyklistę, tym bardziej, że z nikim dawno nie gadaliśmy. Przyjechaliśmy from Poland i mamy za sobą prawie dwa tygodnie po Alpach. Jesteśmy Richard i Richard – podajemy sobie ręce.
- Injaki – przedstawia się nieznajomy. Na nasze zdziwione miny, jeszcze raz powtarza: – Ma imię to Injaki, ja z kraju Basków. Jestem Bask. Bask, nie Hiszpan – dodaje. Ja wyruszyć z dom na bicykle przed miesiąc, a plan wielki. Jechać przez Francja, Szwajcaria, a dalej Poland i Rosja, aż do Moskwa. Z Moskwa do Petersburg i Nordcap. A potem Kopenhagen i powrót by air do Basków. - To mówiąc wyjmuje wizytówkę z małą mapką i zaznaczoną na niej trasą. Są jakieś dziwne rysunki i dane strony internetowej – WWW Moskwa.over.com. Wpisuje na naszą prośbę imię i bardzo egzotyczne nazwisko, niemożliwe do wymówienia. Bardzo się interesuje naszą eskapadą, więc mu trochę objaśniamy, wspominając też o poprzednich. Unosi wysoko brwi.
- O, to wy big globtroter! Ja trocha Espaniola rower jeździć, a tak to na wsi mieszkać i nuda duża, to chcieć wielka wyprawa robić, i tak to ja tu dojechał.
Ciekawi jesteśmy genezy jego wyprawy, bo z objaśnień wynikło, że jest pasterzem z rowerowym bakcylem. Ale jak pastuch targnął się na czteromiesięczną podróż w nieznane? Zaspakaja naszą ciekawość. Ma mały sponsoring, dostał rower i trochę gadżetów wyposażeniowych. Górska maszyna całkiem niezła, ale parciane sakwy nieco śmieszne. Okazuje się, że dalej jedzie naszą trasą, a potem odbija na wschód. Jest bardzo ambitny, specjalnie wybiera trudniejszą drogę, by nie jechać trasą najkrótszą i szybką, tylko najciekawszą. Przyglądamy się temu oryginałowi, niezwykle wesołemu i młodemu, o nieco cygańskich rysach, ze zwichrzoną czarną czupryną. Podoba się nam, więc bez ceregieli proponujemy mu dalszą jazdę razem. Czy damy radę ramię w ramię kręcić z taką młodą żyłą? Mija godzina rozmowy i mija deszcz. Nastawiamy się duchowo i fizycznie na wspinaczkę, a czeka nas najpierw atak na sięgająca 2165 m przełęcz Grimsel. Droga szybko zyskuje nachylenie, a my niepamiętny już raz zmieniamy się w maszyny do kręcenia. Powoli pokonujemy zakręty serpentyny, spoglądając za siebie na rosnącą otchłań. Bask jedzie obok, niewiarygodnie szybko kręcąc krótkimi, muskularnymi nóżkami, a peleryna powiewa mu jak płaszcz księcia Drakuli, choć na razie deszcz nie kropi. Mijają nas rowerzyści z przeciwka, wymieniamy pozdrowienia. Generalnie, sakwiarzy spotykamy bardzo mało i nikogo z Polski, lub o tym nie wiedzieliśmy. Nas ewentualnie można zidentyfikować po nalepkach na błotnikach, flag i proporców (jak co niektórzy) nie lubimy. Co jakiś czas droga przebija się przez góry krótkim tunelem, a podjazd trzyma niezmienne 10%. Na 1850 m wysokości droga na Grimsel odbija nagle w lewo, więc jednak ta przełęcz nas ominie, ale dalsza trasa wiedzie na Furkapass – prawdziwą królową przełęczy i jedno z największych przewyższeń w Alpach. Owiana złą sławą, bardzo trudna technicznie, o nachyleniu podjazdu do 18% i znana z mocno kapryśnej pogody na górze. Już pokonaliśmy 2/3 drogi i kilometr w pionie, a zostało nam ostanie, najtrudniejsze 600 m do nieba. Patrzę na to z „dołu” i muszę tu stwierdzić, że wygląda to gorzej od Norweskich Trolli i Orłów razem wziętych. Zbocza na dole zazielenione trawą, ciągną się w górę jak pionowa ściana, a od zygzaków drogi plącze nam się w głowach. Sięgając wzrokiem jeszcze wyżej, widać jak trawa zmienia się w litą skałę, a dalej niknie wszystko w gąbczastych oparach chmur, o nieciekawym kolorze. Wąską asfaltówką, jak ślimaki pełzną auta wielkości zabawek. Znów trzeba dobrze nastawić psychikę, bo od niej mięśnie (na szczęście już zaprawione) czekają na mądre rozkazy. Więc znowu głęboki wdech, niski bieg, wzrok w asfalcie, zaciśnięte zęby i palce na kierownicy – i kręcimy. Bardzo powoli biegną pierwsze kilometry, bo też wolniej od żółwia czołgamy się w górę, pozdrawiając nielicznych szczęśliwców, pędzących jak huragan w dół. Injaki jest dobrym góralem i w ogóle twardym cyklistą, ale nie próbuje robić wyścigów i jedziemy mniej więcej tym samym tempem. Czasem ja muszę depnąć mocniej i pójść do przodu, by trochę wyżej usadowić się z kamerą i zdjąć efektownym ujęciem wysiłek towarzyszy. Spoglądam wtedy w dół na zygzaki szosy i wyglądają one jak spłaszczona sprężyna, tak je ścieśnia perspektywa nachylonego pod kątem 60 stopni zbocza. Droga położona jest na wykutych i wyrytych w skalno-ziemnych zboczach półkach. Otchłań w dół, to jedna wielka dolina, gdzie cienka nitka naszej drogi lawirując między zboczami, zielonymi plamkami pastwisk, grupkami karłowatych drzewek i wszechobecnych strumieni, sięga aż do miasteczka Gletsh. Jest umiarkowanie chłodno, a więc dobrze (1 km = 1 L potu), i nawet Diabeł nie narzeka, a wręcz pogania, gdy Bask z głośnym –olle! - wypuszcza się 1 metr dalej.
Na 2250 metrach droga zatacza ciasny łuk i robiąc się pozioma wprowadza nas na duże plato, gdzie w otoczeniu gęstej kosodrzewiny stoi schronisko „Belweder”. Postanawiamy zrobić przerwę na obiad. Nasz młody towarzysz stawiając rower, przygląda nam się z uwagą.
- Richard, jak była jazda? Bo mnie to był diablo trudny kawał. Wy mocno nakręcać, ile wy mil już jechać? – pytający wzrok przenosi ze mnie na Diabła, a potem na rowery.
- Injaki, to było faktycznie strong, ale znamy gorsze drogi. Jeszcze się trochę pomęczymy do szczytu. A mil tak w ogóle - to trudno zliczyć, może ze 20 tysięcy. Lecz w Alpach to będzie już blisko tysiąc.
- Jak długo wy ekspedycja jeździć?
- Richard – tu Diabeł wskazuje na mnie - to od 96 roku, a razem od 2001. W Hiszpanii na wyprawie się poznaliśmy. Widzę zdziwienie w oczach Baska. Kręci głową i raz jeszcze ogląda nasze maszyny, ciągnąc łyk zrobionej mu kawy.
- Sorry, ale ile u was lat? Ja to przy was greenhorn, jestem dopiero 28 stary.
- Ależ przyjacielu – po ojcowsku klepie go Diabeł w ramie – możesz być naszym synem, i to młodszym. Dawno wspólnie przekroczyliśmy setkę!
- O, no – tu Injaki stuka się wymownie w czoło – nie wierzę, wy robić kawał dla mnie. I nadal kręci głową, zmieniając brodę w szeroki półksiężyc uśmiechu. A zęby ma jak perełki. Faktycznie, takiego syna mógłbym mieć. Rosjanin rzekłby – paka.
Dużo turystów zjechało się tu (oczywiście) samochodami i szybko wyjaśniło się czemu. Trochę przypadkiem trafiliśmy na kapitalną atrakcję – potężny lodowiec! Natychmiast kupujemy bilet na wstęp (po stokroć było warto) i po szybkich zakupach pamiątek w sklepiku, wchodzimy na taras. Ukazuje nam się wielki lód szeroko rozlany w dolinie o poszarpanych morenach, ale całkiem inny od już poznanych. Jest jak szklista lawa, płaski z lekkim pofalowaniem, pocięty licznymi bruzdami szczelin i przyprószony prawdziwym śniegiem. Nie widać czoła, musi być znacznie niżej, nie ma też erozyjnego chaosu na powierzchni (ach, te lodowe rzeźby!). Zbiegamy stromymi schodami w dół, by jak mali chłopcy na boisku, obrzucić się śnieżkami, wytarzać w białym puchu, zrobić „orły” w śniegu i dotknąć tysiącletniego lodu. Injaki zdejmuje kamerą nasze wygłupy, a potem już na poważnie i z szacunkiem, wkraczamy na lodowiec. Jest szorstki, chropowaty i wspaniale chrzęści pod butami. Nie tylko my tu spacerujemy, widzimy w dali sznurek ludzi związanych jeden z drugim linką, wolno drepczących za gąsiorem-przewodnikiem. Teoretycznie, można trafić na ukrytą szczelinę, nad którą lód się załamie i praktycznie już, wylądować na jej dnie. O tym jednak nie myślimy, rozkoszując się tą lodową krainą, którą chyba pierwszy raz możemy bezpośrednio dotknąć, pomacać, wręcz pocałować. Szczelin na powierzchni jest bardzo dużo, najczęściej w formie długich rozłamów o szerokości melioracyjnego rowu na kilka metrów głębokiego, lub wąziutkich pęknięć, jak po cięciu nożem olbrzyma. Ciekawski Diabeł schodzi nawet do jakiejś szczeliny sięgającej mu pasa, a Injaki tylko się śmieje. Jak pisałem już, jest on bardzo wesoły i dowcipny, tudzież ubolewa, że przez słaby angielski nie może nam kawałów opowiedzieć, których zna tysiące. Ale umie świetnie po francusku (!) i może nam je w tym języku przekazać. No tak, po francusku, to my też znamy, ale co innego.
Nacieszywszy się powierzchnią lodowca, schodzimy teraz do jego wnętrza. Ku naszej radości, jest tu czynna lodowa grota. Wykutą sztolnią zagłębiamy się do wnętrza potwora. Nad głową dobre 15 m lodu, który prześwituje delikatną niebieską poświatą, jako że akurat wychynęło słońce. W paru miejscach sufit rozłupany jest szczeliną sięgającą powierzchni i wtedy widać dokładnie grubość pokrywy. Chodnik, jak w kryształowej kopalni prowadzi lekko w dół i tu już jest sztuczne oświetlenie. Ładnie podświetlone łuki i wykusze mienią się wszystkimi odcieniami błękitu. Jest mokro i coraz zimniej, a na głowy ciężkimi kroplami kapie woda. Czy te krople mają 20 tysięcy lat? Marsz kończy się w obszernej grocie z wykutymi w lodzie ławeczkami i dużym filarem na środku. Błyskają flesze, z ust bucha para, ktoś próbuje lizać ścianę, a Diabeł przymarza prawie do ławki, chcąc mieć efektowne zdjęcie. Jest 3 stopnie niżej zera.
Zesztywniałe nogi i ręce trzeba szybko ogrzać, a jest czym! Ostatnie 200 metrów w pionie na przełęcz, jest jak walka ze wzburzonym oceanem. Zaczyna gwałtownie padać i wiatr bryzga nam poziomo deszczem w oczy. Droga mało, że pnie się stromo w górę, to jest jeszcze garbata, co powoduje ponad 15% nachylenie przeciwstoku w siodle. Czujemy się jak w rzucanym sztormem bączku, bo siodła są krótkie i częste. Temperatura szybko spada i tylko nadludzki wysiłek mięsni nie pozwala nam zmarznąć, jako że wszyscy jedziemy w krótkich kolarkach. Z pośpiechu i emocji zapomnieliśmy się przebrać. Ostatni kilometr, to morderczy podjazd, wprawdzie bez siodeł, lecz już w ulewie. Krajobraz zupełnie wysokogórski. Czarne nagie skały, kosodrzewinę zastąpiły krzewy i skąpa roślinność mchem podszyta, strumienie walą w poprzek drogi, a duchy chmur snują się po lśniącym asfalcie. Gdy wreszcie stajemy pod tablicą „Furkapass 2436 m”, nie straszne nam 6 stopni ciepłozimna i strugi ulewy – jesteśmy naprawdę szczęśliwi! Z przeciwka dociera para na rowerach. Szybko zeskakują z siodeł, strzelają fotkę, chwilę siedzą na kamieniu dysząc ciężko i po wymianie pozdrowień, zmykają w dół do lodowca. Tak, sława tej przełęczy nie jest przesadzona.
Ubieramy się cieplej i puszczamy w otchłań karkołomnego zjazdu. Im jesteśmy niżej, tym zmniejsza się deszcz, przechodząc z ulewy w gęstą mżawkę. Mamy zaprawę w pędzeniu na złamanie karku, lecz tu trzeba uważać. Śliska szosa, ostre łuki i agrafki, a także przenikliwe zimno skutecznie hamują nasze wyścigowe zapędy. Jak torpedy wpadamy do miasteczka Andermat i natychmiast uciekamy pod pierwszy spotkany daszek. Trzeba się przebrać i przeczekać kolejny atak z nieba. Diabeł kłapie zębami, jak głodny krokodyl (to częsta sytuacja i zawsze tak ją widzę). Injaki z kolei zęby szczerzy i zaciera dłonie. Jego grzeje młodość. A co ja robię? To samo, co oni obaj. Wjeżdżamy do Andermat, myśląc - co dalej? I rozwiązanie przychodzi samo. W centrum miasta przy głównej ulicy, widzimy otoczony blaszanym płotem, duży budynek w budowie. To będzie znakomity Straszny Dwór! Szybko penetrujemy budowę i w piwnicach znajdujemy idealną bazę. Nie tylko są styropianowe płyty, stół, krzesła i duża lampa, to jeszcze jest czynne gniazdo z prądem! W ruch idzie grzałka, zapalamy lampę i bacznie patrzymy przez małe okienko, czy nie idzie tu jakaś trzecia zmiana do pracy. Cisza. Lampa spełnia też rolę suszarni i Diabeł rozwiesza na niej mokre skarpety. Miły zapach spracowanych stóp towarzyszy nam przy kolacji, i by było jeszcze milej, Injaki stawia butlę wina. Na przypieczętowanie naszej przyjaźni! Wznosimy toasty za sojusz Polsko-Baskijski, a w międzyczasie topią się na gorącej lampie dwie skarpety, a trzecia nadpala. Ja rechoczę, Bask chichocze, a Diabeł bulgocze. A potem my w kimono na styropiany, a Injaki z czołówką na głowie zatapia się w książkę (tak w ogóle cały czas chodził z czołówką, a było to tyle praktyczne, co śmieszne). Na nasze pytania, uśmiecha się tylko. - Ja robić ćwiczenia angielski, do końca wyprawy będę perfekt. Ambitny chłopak!
Bardzo smacznie nam się śpi po hiszpańskim winie. Mniej smacznie już wstaje, bo by uniknąć porannej wizyty, już o 6 zbieramy się do odjazdu. Ale szwajcarski robotnik to pracuś – my kwadrans po 6 wymykamy się jednym wyjściem, a drugim już wchodzi pierwszy chętny do budowania. Dworzec kolejowy, jak to często bywało, udziela nam gościny na toaletę i śniadanko, a potem już pełni sił i nie bacząc na ponurą aurę, puszczamy się dalej w otchłań karkołomnego zjazdu. Ale co to jest za zjazd! Serpentyna ma dłuższe odcinki proste, więc dajemy fory fantazji na ile składowa pozioma ciążenia pozwala. A dolina z góry wygląda jak krater wulkanu, jak diabelskie Koloseum z rzędami tarasów dla widzów, między którymi wije się szosa, i drzewa są tą wierną publiką, która śledzi nasze pokręcone akrobacje. Jest 10 stopni ciepła, lecz przy 70 km/godz. czujemy ich tylko 5. Aż 20 km trwa ten wyścig z wiatrem (nie zazdroszczę jazdy odwrotnej) i kończy się na 480m wysokości, więc lot w pionie miał łącznie 2 kilometry!! Tu też rozchodzą się drogi nasze i Baska, on jedzie na wschód, my na północ. Mimo krótkiego czasu wspólnego kręcenia, polubiliśmy się bardzo. On niedługo będzie w Polsce, chcąc zobaczyć parę miejsc przed skokiem do Rosji i obiecuje odwiedzić też Wrocław, gdzie być może będę miał okazje go gościć. Zapewnia także, że opis naszego spotkania będzie na jego blogu z wyprawy, bo śle tam bieżące relacje. I faktycznie, po powrocie zobaczymy ten opis w sieci, tyle że po francusku. I przeczytamy dużo ciepłych słów o naszym spotkaniu, jakkolwiek z jednym zastrzeżeniem - on nadal nie wierzy w nasze wspólne 110 lat. (Do Wrocławia niestety nie dotarł). Żegnamy się bardzo serdecznie i stojąc patrzymy, jak mała sylwetka znika za pierwszym zakrętem. Jeszcze nam ręką pomachał.
Zaczyna padać. Musimy zapomnieć o pędzeniu, bo droga znów się wspina po tym, jak błyskawicznie machnęliśmy 10km płaskowyżu. Góry wokoło są szare i mgliste, wszelkie kolory przyrody zmieniły się w jakąś sepie, a my w skulonych wędrowców-krętaczy smaganych tężejącym deszczem. Wjeżdżamy na 980 m kolejnego płaskowyżu, który dając szybkościowego kopa, przenosi nas nad jeziorko na skraju miasteczka. Znajdujemy ławkę pod daszkiem i z gorącą kawą w ręku, patrzymy jak łabędzie i kaczki radują się z tej pięknej ich zdaniem, pogody. Wiatr chwilami zacina tak ostrym szkwałem, że zwiewa i pianę, i ptaki z rozhuśtanej wody. A one tylko radośnie zakwaczą.
Uspokoiło się, pędzimy więc wzdłuż jeziora. Robi się ładniej, już nie jest szaro, wróciły kolory i nasza ciekawość świata. Prowadzi nas rowerowa droga idąca wzdłuż szosy, tyle że nad samym jeziorem i kręci tak, jak układa się brzeg. Omija tunele, którymi biegnie prosto wytyczona szosa, wije się po zboczu schodzącej granią do jeziora góry, a czasami łykną ją małe tuneliki rowerowe przebite przez filary, których nie da się ominąć. Nierzadko biegnie rynną wykutą w skalnej ścianie, z otwartą przepaścią na stronę jeziora i skalnym stropem nad głową. Jest ta ścieżka niezwykle urokliwa i eksponowana, bo nieraz wznosi się całkiem wysoko i stroma skarpa ma wtedy dobre 50 metrów do wody. Parę razy stajemy w ślicznych miejscach, by podziwiać korony gór na przeciwległym brzegu. Alpy ciągle są wysokie, a w identyfikacji 3 tysięcznych szczytów pomagają nam tablice z ich rysunkiem i nazwami. Pogoda jest wprawdzie niezła, lecz zrobiło się zimno i Diabeł znów jest krokodylem. 10 godzin nic nie jedliśmy, więc przystanek służy za szybką stołówkę i dalej w trasę. Jezioro i malownicze tereny są już za nami, a teraz szosa prowadzi nas piętnastokilometrowym zjazdem na poziom 400 m. Góry wyraźnie zmalały, ale to i tak są „wysokie Tatry”. Dojeżdżamy do Raperwill i jest śmiesznie, bo prześcigamy samochody karnie respektujące 50km/godz ograniczenia. Miasteczko jest wiekowe i urocze, więc postanawiamy nie tylko je zobaczyć, lecz i zanocować. Zajeżdżamy na stary zamek górujący na wzgórzu, z murów którego widać małe jeziorko w dole i panoramę miasta. Na jednym z dziedzińców stoi fajna fontanna-wodopój, gdzie woda wypływa z poziomej rurki w kształcie penisa gotowego do akcji. Właśnie przechodzi grupa turystek i widzimy jak nabierają wodę w butelki. Ale jedna nie ma pojemnika, przytyka więc spragnione usta do spiżowego żołędzia i zaciąga się długimi haustami. Przechadzamy się teraz dziedzińcem głównym, następnie uliczkami przy murach, i widzimy, że część starej twierdzy jest ładnie odrestaurowana i zaadoptowana na różne komercyjne cele, np. restauracje. Lecz w zdumienie wprowadza nas tablica na niedużym budyneczku wciśniętym miedzy knajpę, a bryłę zamku – „Polskie Muzeum Raperwill”. Ciekawa sprawa, co za muzeum i czemu tu? Niestety, jest zamknięte. Jeszcze dłuższy czas zatrzymujemy się przy farmie... danieli. Tak, nie krowy, nie owce, nie lamy czy strusie, a piękne, płowe w białe kropki daniele z rozłożystymi rogami, jak też i bez, bo to są całe rodziny z małymi. Kto tu hoduje dzikie, bądź co bądź, zwierzęta? W kraju raz widziałem za płotem sarenki, ale nie jelenie! Jeleni, to trzeba szukać w knajpach.
Lokujemy się koło jeziora i mimo, że wokół miasto, tu jest dosyć dziko i romantycznie. Mamy 100 kilometrów urozmaiconej drogi w nogach, lecz nie od razu chce nam się spać. Jakiś nostalgiczny nastrój nam się udzielił, może z powodu kończącej się wyprawy, może z powodu braku prostych, lecz jakże potrzebnych rozrywek, a może nastroił nas niespodziewanie ładny i w czystych kolorach wieczór nad fioletową taflą wody. Diabeł zaczyna wspominać rozkoszne przygody z młodości, ja przypominam mu urok i pożegnalny całus gościnnej Kamili z Genewy. Tu, w tych górach nie patrzyliśmy specjalnie na kobiety, nie wiem nawet czy widziałem jakąś sukienkę bądź wysoki obcas. Zapewne trzeba by pójść na elegancki raut, czy choćby obiad w dobrej restauracji. A turystki? Z pewnej odległości nie odróżnisz płci, a z bliska zaś trzeba mieć szczęście nie trafić akurat na żwawą emerytkę z Niemiec, czy paskudną Koreankę. Ach, gdzież te dziewczyny wschodu!
I tak to na granicy jawy i snu, który powoli nadchodzi, przenoszę się w inny wymiar bytu, ten stworzony nieskrępowaną wyobraźnią marzeń i fantazji danych nam przez ucieczkę w świat nocy. Z namiotu i śpiwora przenoszę się do chłodnego pokoju, gdzie leżąc przykryty kołdrą po sam czubek głowy, liczę godziny czarnej nocy wlokącej się jak stygnąca lawa, a czubek nosa mam zimny, jak sopelek lodu. Jeszcze świt nie zaróżowił firanki, gdy w półmroku dostrzegam ciemną postać zbliżającą się do łóżka i - tu muszę na krótko przerwać to opowiadanie.
Gdy budzę się półprzytomny z wrażeń realnego jak rzeczywistość snu, deszcz bębni po namiocie, jest wczesna godzina, a Diabeł schylony nade mną, uśmiecha się półgębkiem.
- Hej, co jest? Zbudziłeś mnie, myślałem żeś chory, tak jęczałeś. Co, sen jakiś?
- A żebyś wiedział, że tak. Jak dasz mi chwilę na zbudzenie, może ci opowiem – usiłuję dojść do przytomności i sprawdzić, czy faktycznie jestem w namiocie, a nie w pokoju i człowiek koło mnie jest kumplem, a nie portierem.
- Umieram z ciekawości – Diabeł podpiera zgiętą ręką głowę i rozpina częściowo śpiwór.
- Mamy dużo czasu. Trzeba czekać, aż skończy się ta plucha – sadowi się wygodniej na poduszce, przesuwając w kąt namiotu słoik z żółtą cieczą. Zastanawiam się chwilę. Mam przed oczami ten sen tak wyraźnie, jak obejrzany przed chwilą film w kinie, a pamiętam każdy szczegół.
- No dobra, posłuchaj. I zaczynam cichym głosem wprowadzać przyjaciela w pierwsze kadry tego niezwykłego, ale jakże realnego obrazu.
- Profesor Samborska klęknąwszy przy łóżku... – A kto to Samborska? – przerywa mi w pół zdania.
- To stare czasy, moja belferka od geografii. Nie przerywaj! – Więc klęknąwszy przy łóżku musnęła mi lekko wargi, policzek i czubek nosa ciepłymi ustami, poczym zaczęła go grzać gorącym oddechem, a ręka jej powędrowała pod kołdrę, by mocno zacisnąć się na nabrzmiałym ptaku. Pocierała go chwilę rytmicznie, a gdy nos już się ogrzał, przeniosła usta w dół, owijając je na gorącym czubku fujary. Wyobraź sobie, ssała zapamiętale głaskając mi ręką głowę i policzki, a gdy ptaszek jeszcze podrósł i zwilgotniał jak kropidło – szybkim ruchem odrzuciła kołdrę. Chwilę znieruchomiała... – No jasne – znowu mi przerywa – wystraszyła się, plotki się potwierdzają – Diabeł wydął sceptycznie wargi.
- Jak będziesz przerywał, nic dalej ci nie opowiem, pacanie.
- No dobra, gadaj, choć brzmi to, jak dobry pornos ze starej kolekcji. No, ale już słucham.
- Nic z tych rzeczy, naprawdę to mi się śniło, choć momentami wydaje mi się, że to było naprawdę. Ale wtedy byłem w podstawówce, a teraz z kolei, to ona musiałby mieć ze 100 lat. No dobra. Na czym to ja skończyłem? Aha: więc znieruchomiała, po czym nasunęła się na pal wolno, finezyjnie, i z cichym westchnieniem dotknęła mokrym kroczem moich klejnotów. Wygięta w pałąk jak pantera, coraz szybszymi ruchami podrzucała biodra, całując mnie równocześnie w usta i czubek nosa. Nagle wydała cichy okrzyk, wstrząsnął nią konwulsyjny taniec, zakołysała się gwałtownie i poczęła szybko oddychać. Szczytowała. Mnie też przyjacielu, dopadły rozkoszy skurcze, przyciągnąłem jej twarz do siebie, wtopiłem się w usta chcąc wessać ją całą – i dałem jej wszystko, co miałem. Naprawdę, zapachniało miłością.
- I co?? – Diabeł ma okrągłe oczy.
- I nic. Nie ma dalszego ciągu. Zbudziłem się cały mokry i niestety - zobaczyłem ciebie, nie ją. Tylko nie jestem pewien na 100%, czy była to Samborska, czy może Kruszewska z liceum?
Znów w trasie. Z opóźnieniem przez deszcz i sny, walczymy z huśtawką kapryśnego terenu i pogody. Jest 12 stopni ciepłozimna, garby oscylują między 350 a 950 metrów wysokości i momentami są nawet 12% podjazdy. Góry nie dają za wygraną. Diabeł jedzie w ciszy lekko posapując, może przeżywa jeszcze moją senną przygodę, a może szczytuje? Kolejny już setny podjazd i kolejne miasteczko za nami, a krajobraz robi się znajomy, choćby z poprzedniego roku. To obszary niższych Alp i siedlisk ludzkich, o bardziej nizinnym charakterze. Dachy nie są tak strome, mniej zabudowy drewnianej i mniej przymiotników „alpejski”. Na szczęście wiatr mamy z tyłu. W tej wyprawie, o dziwo, przecząc odwiecznej i fundamentalnej zasadzie walki rowerzysty z wiatrem, przecząc dwustuletniej statystyce, sprzeciwiając się udowodnionemu prawu, o wiecznym antagonizmie Boga Eola i cyklisty – częściej mamy dmuch w plecy! Odwracając przysłowie – czy jesteśmy bogaci? Myślę, że po prostu taki kierunek trzeba obrać w Alpach: zachód-wschód, południe-północ. A może tylko mamy szczęście? Ale do Freyra ( to ten m.in. od deszczu), to szczęścia nie mamy, znowu sika nam na głowy. Więc robimy małe przerwy, przeczekując co większe fontanny w różnych miejscach. Jednym z ciekawszych jest ponura „piwnica” pod waląca się drewnianą szopą. Freyr musiał brać akurat kąpiel, bo nagle spuścił na nas całą wannę wody i jedynym ratunkiem była dziura przy ziemi w napotkanej akurat ruinie. Dosłownie, wczołgaliśmy się tam i siedzimy na gołej ziemi wśród rumowiska gruzu, śmieci, szmat i różnych bliżej nieokreślonych przedmiotów, a pomieszczenie ma metr wysokości. Śmierdzi tu stęchlizną i trupami, a chlupot wody łączy się w jeden takt ze skrzypieniem i postękiwaniem stropu nad głową. Lecą na nas strumyczki piachu i trocin, a przez otwór zaczynają wlewać się potoki wody, tworząc sporą kałużę. Po pionowych podporach zygzakiem płyną strużki, wsiąkając natychmiast w glebę. „Piwnica” jest poniżej poziomu drogi i widząc, jak napierająca woda zaczyna śmiało podlewać nam tyłki, zarządzamy ewakuację. Wyskakuję na deszcz pierwszy i z poświęceniem filmuję Diabła-czołgistę, gramolącego się jak zombi z grobu. Wypłaszczenie terenu, tylny wiatr i świadomość ostatnich 100 km na rowerze w tej alpejskiej dwuwyprawie, wstrzykuje nam adrenalinę w nogi. Nie zważając na tnąca w oczy ulewę ( w okularach nie da się jechać), nie czując prysznica spod kół myjącego nam skutecznie dolne partie, nie widząc kolejnej czarnej chmury ciągnącej znad gór – coraz mocniej ciśniemy pedały. A i żołądek upomina się o swą daninę, dając się dopiero udobruchać w ciszy spotkanego przystanku autobusu. Po kolejnych dwóch godzinach wjeżdżamy wreszcie w rogatki dużego i historycznego miasta St Gallen. Deszcz poluzował i możemy trochę się tu rozejrzeć. Nie wiem dokładnie czemu, ale poczułem się jak... w Kijowie. Może dlatego, że dworzec wygląda podobnie? A może stara część miasta przypomina mi te zwaliste bryły tamtejszych kamienic, z ozdobnymi portalami i malutkimi szybkami poszatkowanych okien? Tak czy siak, jest to wielki stary gród sięgający korzeniami VII wieku, kiedy to święty Gallus wybudował tu klasztor. Podziwiamy dłuższą chwilę potężne opactwo Benedyktynów, które dzierżyli w swych rękach od XV do XIX wieku. Centrum, to jeden wielki zabytek, z tzw. szachulcowymi domami, budowanymi z grubych belek i cegieł bardzo przypominających mur pruski. A i pomników jest tu niemało, i pięknie utrzymane skwery, tak jak i zdobne kwiatami balkony. Wokół miasta przyczaiły się góry, już niewysokie – jeśli ponad 2000m odpowiada temu określeniu, lecz w dalszej perspektywie przechodzące w ciągle ośnieżone szczyty. Nie silimy się szukać obozowiska w terenie, po prostu sprawdzonym sposobem, stawiamy namiot w parku. Na liczniku tylko 75 km, no ale po takich emocjach nocy i dnia, to chyba nie tak mało?
Czy ten ostatni dzień jest ponury i smutny, czy raczej radosny? 12 stopni, chmury i piekielny wiatr – więc ponury. Smutny – bo kończymy wyprawę, opuszczamy szwajcarską krainę, żegnamy góry, lodowce, przełęcze i cały ten alpejski zgiełk. A radosny – bo udało się zrealizować plan, zobaczyć to, co chcieliśmy (no prawie), szczęśliwie przetrwać trudne chwile i dotrzymać przyrzeczenia danego rok temu.
Pędzimy w dół jak na skrzydłach. Z każdym metrem straconej wysokości powoli rośnie temperatura. Z relatywnie surowego górskiego klimatu przenosimy się w łagodny, nizinny. Jeszcze nie nikną bardzo dalekie, mgłą osnute zabielane szczyty, jeszcze nas trudzą małe podjazdy, jeszcze ciągną się niedobitki tej alpejskiej karuzeli - gdy ostatecznie wjeżdżamy w znane nam z przed roku tereny. Szybko nam teraz czas płynie w tym 14-tym dniu jazdy. Bo to czas powrotu, czas bilansu, czas zadumy i początek tęsknoty, nie za domem i odpoczynkiem - tylko tym, co za nami. „Jeszcze pokochamy te góry” pisałem rok temu. I tak się stało. Teraz, gdy poznaliśmy je bliżej i to od najwyższej strony, gdy dotknęliśmy, choćby i wzrokiem najpiękniejszych serc Alpejskich i z szacunkiem schylaliśmy głowy, gdy podziw zamykał nas w milczeniu, a w rozkosznej radości odrzuconej powagi, jak smarkacze harcowaliśmy wśród szczelin i śnieżek, gdy pot nasz mieszał się z kroplami nieba, tańczącymi wśród głazów niegościnnych przełęczy – to teraz mogę na pewno powiedzieć – zostały tam nasze serca, dwa serca.
Nie pierwszy raz to się nam zdarza. Kiedyś zostały na głębokim południu, później na dzikim wschodzie, a na dalekiej północy? Do niej też tęsknimy, bo trudno to wszystko zapomnieć, tak jak radości i smutków każdej naszej podróży.
I tak w słodkiej zadumie, dojeżdżamy w ciszy do jeziora Bodeńskiego. Zamykamy pętlę minionego czasu, stając na tym samym brzegu, gdzie rok temu kończyliśmy wyprawę. I znów podziwiamy tą piękną wodę długą na 76 km i szeroką na 15. Głębokie na 250 metrów jezioro jest w ciemnogranatowym kolorze. Witamy się, jak ze starym znajomym, i znanym już szlakiem wzdłuż brzegu jedziemy w stronę Lindau. Z tego niemieckiego miasta będziemy znów startować „zugiem” do domu. Nic tu się nie zmieniło od roku. Miasteczka, porty, jachty kąpieliska, sady i winnice – to wszystko przesuwa się powoli z naszej prawej strony. Z lewej, prawie w miejscu stoją na jeziorze jachty i stateczki. Nie ma tylko pięknej dziewczyny, którą rok temu tu widziałem, jak się kąpała. Chyba nie zaskoczyła, że będziemy przejeżdżać. I wraca znowu słodka myśl z przed roku. Może kiedyś, jak wyprawy wyjdą nam już bokiem, to tu właśnie przyjedziemy z rowerkami pod pachą, potem je dosiądziemy i w miłym towarzystwie rządnych przygód rowerzystek zrobimy sobie 2 tygodnie wczasów, okrążając jezioro Bodeńskie i te 4 kraje wokół niego.
Do Lindau dobijamy przed wieczorem. Na liczniku prawie 1000 kilometrów. Z rozrzewnieniem spoglądamy na trawniczek w centrum, gdzie rok temu koczowaliśmy w pożegnalną noc. Teraz postanawiamy się rozbić przy znanej nam budce dróżnika, obok od dawna nieczynnych torów. Nic się nie zmieniło od tamtego roku, leżą nawet te same śmieci. I jak przed rokiem na tym samym skwerze, podziwiamy krwawy zachód słońca, które z majestatem topi się w jeziorze i znów tak pięknie zachodzi, jak w milczeniu kończy się nasza druga alpejska przygoda.
A rano nas zbudzi szalony chór ptaków, na szczęście – bo byśmy przespali ten cholerny pociąg.
P.S. Co za rok? – Nie wiadomo. Lecz już wiemy, że Europa jest dla nas, co nie co, za ciasna.
Statystyka:czas wyprawy - 2x15 dni
dystans łączny - 2180 kmczas jazdy rowerem - 23 dni
średni dystans dzienny - 94,8 km
maksymalny dystans - 145 km
odwiedzane kraje - Czechy, Niemcy, Austria, Szwajcaria, Francja, LichtensteinUczestnicy:
R de Teisseyre - fizyk Politechniki Wrocławskiej, członek DTC Wrocław, wyprawy rowerowe od 1996 r., m. in. - Hiszpania i Portugalia, wokół Bałtyku, Krym i Kaukaz, Skandynawia, Alpy. E-mail: rteisseyre@poczta.onet.pl
Ryszard Grześkowiak - nauczyciel z Piły, wyprawy rowerowe jak wyżej. E-mail: rysiekzpily@interie.pl

Zoom
Skomentuj
Dodaj
