Cezary Zamana - wywiad
To jeden z najbardziej utytułowanych polskich kolarzy szosowych. W swojej karierze przejechał ponad 700 000 km, uczestnicząc w ponad 2000 wyścigów na całym świecie. Spotykamy się z nim w kultowym miejscu, warszawskim barze „Pod rurą” (jak zwykli go nazywać amatorzy dwóch kółek). Jego życie i kariera to wspaniały materiał na scenariusz filmowy albo książkę. Z Cezarym Zamaną rozmawiamy o karierze, życiu prywatnym i maratonach Mazovia MTB.

metryka:
Data urodzenia:14.08.1967
Miejsce urodzenia: Augustów
Zajęcie: kolarz, organizator imprez kolarskich
Największe osiągnięcie: Wygrana w Tour de Polonge 2003 rok, Wicemistrz USA 1994 rok, organizacja imprezy rowerowej Mazovia MTB Marathon.
Strona www: www.cezaryzamana.pl ; www.mazoviamtb.pl

Jest ciepłe letnie popołudnie, kiedy Cezary Zamana przyjeżdża swoim efektownym, trudnym do niezauważenia, terenowym samochodem do warszawskiego lokalu pod Mostem Gdańskim. Bar jest pełen ludzi, którzy po jeździe rowerem zatrzymali się, aby chwilę odpocząć. Siadamy przy jednym ze stolików i rozpoczynamy rozmowę. Cezary Zamana moment, kiedy po raz pierwszy wsiadł na rower pamięta jak przez mgłę. Nic w tym dziwnego, ponieważ miał wtedy zaledwie trzy i pół roku. O sportowej jeździe na dwóch kółkach zaczął myśleć, kiedy mając osiem lat pierwszy raz na żywo zobaczył wyścig. „Kiedy zobaczyłem te błyszczące szprychy, coś zaiskrzyło” – wspomina. Gdy był młodym chłopcem, wydawało mu się, że będzie szybko biegał, ale już wtedy zdradzał predyspozycje raczej wytrzymałościowe. Zawodowym kolarzem został ze względu na mentalność. „Zwyczajnie nie męczy mnie jazda przez siedem godzin na rowerze” – twierdzi kolarz. Zawsze widział w tym duży sens i przyjemność, dostrzegając pozytywy tego, co spotykało go podczas jazdy na rowerze. Chociaż, jak sam przyznaje, kiedyś było mu o to trudniej.

Wielka ucieczka
To była chyba największa ucieczka Cezarego Zamany. Paradoksalnie, wcale nie był mu do niej potrzebny rower. Podczas podróży na wyścig do Meksyku, wraz z Andrzejem Mierzejewskim postanowił odłączyć się od grupy i pozostać w Nowym Jorku. W latach 80. Cezary Zamana jeździł w barwach Legii, ponieważ najlepsi zawodnicy byli powoływani do wojska. Po wielu staraniach udało mu się przenieść do górniczego klubu. Niestety, w końcu wojsko się o niego upomniało. W wyznaczonym terminie poleciał jednak na wyścig do Meksyku. Szczęśliwie samolot był opóźniony i kolarzy przewieziono z lotniska do hotelu
. „Kiedy zobaczyłem Nowy Jork i żółte taksówki, postanowiłem zostać” – mówi kolarz. To był koniec komunizmu, Cezary Zamana był dopiero cztery dni po ślubie, a przez konflikt z Polskim Związkiem Kolarskim i powołanie do Legii, nie bardzo widział sens powrotu do kraju. Decyzja została podjęta pod wpływem impulsu. „Cały plan wyglądał tak, że angielskiego uczyłem się w samolocie” – wyznaje Zamana. Chciał się dostać do USA po wyścigu w Meksyku, aby wypracować sobie pozycję kolarza w Stanach. Jednak ze względu na zbieg okoliczności, nigdy nie dotarł na start.
Filmowa historia
„Z dzisiejszej perspektywy mogę powiedzieć, że to była totalna głupota. Szaleństwo. W Polsce miałem wszystko” – mówi kolarz. Kiedy opuszczał ojczyznę, jego żona była w trzecim miesiącu ciąży. Po jego ucieczce sprawy skomplikowały się na tyle, że nie miała
wizy do USA. Dlatego musiała wyjechać na „wycieczkę” do Kanady. „Spotkaliśmy się nad Niagarą. Była w piątym miesiącu ciąży i zrobiła mi niespodziankę. Gdy wylatywałem, była szczupłą brunetką, a kiedy się spotkaliśmy – okrągłą blondynką. Na dodatek obcięła włosy. Nie poznałem jej” – śmieje się. Całej historii smaczku dodaje fakt, że żona Cezarego Zamany granicę z USA przekraczała w… bagażniku.

Amerykański sen
Zamana został w Ameryce nie znając języka, a musiał zacząć jakoś zarabiać na życie. „W Polsce zarabiało się dwadzieścia dolarów miesięcznie. Ja, pracując w fabryce uszczelek, dostawałem osiem dolarów na godzinę. To tylko pieniądze, ale ta różnica była potężna”. PZKol zawiesił Cezarego Zamanę na dwa lata, co nie przeszkodziło mu jednak startować w wyścigach zawodowców w Stanach. „Czerwony dres z napisem Polska nic tam nie znaczył, o czym na początku nie wiedziałem” – opowiada pan Cezary. Jak się okazało, w Nowym Jorku kolarstwo nie istniało, dlatego po krótkiej tułaczce na wschodnim wybrzeżu, Cezary Zamana przepracował okres zimowy i postanowił spróbować wrócić do sportu. „Do południa praca, a potem wyścigi amatorskie. Krok po kroku szedłem do przodu”. Nie osiągał jednak takich rezultatów jak się spodziewał, ponieważ większość tamtejszych kolarzy mieszkało na wysokościach i mieli naturalne predyspozycje. Po kilku wyścigach z amerykańskimi zawodowcami, dostał zaproszenie na Mistrzostwa USA w Kalifornii. „Trenowałem w Los Angeles na Long Beach... piękne miejsce” – wspomina Zamana, który występował wtedy w tej samej drużynie z Armstrongiem. „On był wtedy młody i nie do końca umiał jeździć na rowerze” – dodaje. Start w Mistrzostwach USA zakończył się sukcesem. „Udało się i zostałem wicemistrzem USA. Zadzwoniłem do żony, która była w Nowym Jorku. Powiedziałem: rzucaj wszystko i przyjeżdżaj. Nie wierzyła. I z jakiegoś takiego nieciekawego miejsca trafiliśmy do pięknego domu w słonecznej Kalifornii”.
Kariera, kariera i po karierze
Cezary Zamana wciąż uprawia sport, ale nie tęskni za zawodowym kolarstwem. Ten rozdział w jego życiu jest już zamknięty „Ja swoje już w życiu przejechałem. Armstrong ma jeszcze wiele kilometrów do pokonania, żeby mnie dogonić” – stwierdza. Czuje się teraz zdrowiej, gdyż wyczynowy sport jest wyczerpujący dla organizmu. Teraz wolno mu robić to, czego nie mógł, będąc sportowcem. „Odbijam sobie na pewno jedzeniem. Jem kiełbasę, smalec i tradycyjne polskie dania. Nie polecam takiej diety, ale mnie ona nie szkodzi, bo wiem, kiedy i na co mogę sobie pozwolić” – twierdzi. Trudno się z tym nie zgodzić, gdyż pan Cezary nie wygląda na miłośnika tradycyjnej, tłustej, polskiej kuchni. Mimo wszystko, na chwilę wrócił do wyczynowego kolarstwa, wcielając się w rolę trenera. Teraz, ze względu na inne obowiązki, nie ma to czasu, chociaż taka myśl wciąż chodzi mu po głowie. Ponadto, zniechęca go fakt, że polskie kolarstwo szosowe nie stoi na odpowiednim poziomie. „Wynika to zarówno ze złej organizacji, jak i względów finansowych. Kolarstwo nie jest tanim sportem” – mówi Cezary Zamana. Nie jest, co prawda, trenerem, ale ostatnio podjął inicjatywę organizacji warsztatów rowerowych. Jeszcze przed zakończeniem kariery założył Stowarzyszenie Rowerowe, dostrzegając wspaniały potencjał, jaki daje do uprawiania rekreacyjnego kolarstwa Park Kampinoski. Postanowił zbudować bazę rowerową wokół niego. Z Łomianek chciał zrobić holenderskie miasto rowerowe. Niestety, okazało się, że w wyścigu o dofinansowanie z europejskich projektów zapomniano o celu. „Żeby powstał chociaż metr ścieżki rowerowej, trzeba przejść ciężką drogę. Dlatego odciąłem się od stowarzyszenia, a w międzyczasie okazało się, że o wiele lepiej wychodzi mi organizowanie imprez rowerowych” – mówi pomysłodawca Mazovia MTB Marathon.

Mazovia MTB Marathon
Obecnie Cezary Zamana organizuje międzynarodowy wyścig kolarski dookoła Mazowsza „Mazovia MTB Marathon”. Na pomył stworzenia takiej imprezy wpadł w 2003 roku podczas maratonu rowerowego w górach. Był zdziwiony faktem, że takie wyścigi w ogóle się odbywają. „Popatrzyłem na rejestracje samochodów z Mazowsza i od razu stwierdziłem, że trzeba coś takiego zorganizować tym ludziom na miejscu. Po co mają przejeżdżać przez pół Polski? Przecież jakaś ich część na pewno nie dojedzie” – opowiada organizator. Według niego, impreza rozwinęła się na tyle, że jest bliska osiągnięcia optimum. „Ciężko coś więcej wymyślić, mając cztery równoległe dystanse, sektory zapewniające bezpieczeństwo
i ciekawe trasy”. Dumą Cezarego Zamany jest fakt, że projekt, z którego wiele osób się śmiało, w ogóle wypalił. Pamięta, że kiedy robił maraton rowerowy w 2005 roku, na Mazowszu był tylko jeden taki wyścig, a teraz jest ich kilkadziesiąt. Swoim działaniem udało mu się rozpowszechnić ideę takich imprez, chociaż żałuje, że nie przekłada się to wprost proporcjonalnie na zainteresowanie kolarstwem. „Ludzie nie rzucili się tak na rowery, jakby mogło to wynikać z ilości wyścigów” – twierdzi kolarz. Dużą satysfakcję sprawia mu fakt, że Mazovia jest pierwszym krokiem dla wielu osób, które zaczynają swoją przygodę z profesjonalnymi wyścigami. „Dla mnie najważniejsza jest całość i zawodnik środka. To jest rodzinna impreza. Poza jeżdżącymi dzieciakami, zdarzają się startujący urodzeni w 1937 roku. Pamiętam jednego takiego pana, który przejechał całą trasę ze zjazdami, kamieniami, przejazdem przez strumień. Myślałem, że będę musiał mu pomagać wejść na podium, ale przecież przejechał cały maraton, więc na podium też wszedł bez problemu” – wspomina z uśmiechem mój rozmówca. Mazovia skupia się na wyszukiwaniu nieznanych, ciekawych szlaków na pięknych terenach. Wszystkie trasy pan Cezary zawsze sprawdza, przejeżdżając je samemu. Poza tym, większość czasu zajmują mu sprawy organizacyjne. Jak sam mówi: „Ciężko było się pohamować i mamy teraz tych imprez bardzo dużo. Teraz już nie ma przebacz”.
Grunt to rodzina
Mimo wielu wyjazdów i czasu spędzanego na treningach, Cezary Zamana starał się nie zaniedbywać życia rodzinnego. „Nie do końca poświęciłem się kolarstwu, ale też nie byłem tak blisko ze swoją rodziną, jak bym tego chciał” – mówi sam zainteresowany. Wsparcie ze strony bliskich było dla niego bardzo ważne. „Moja żona była zawodową żoną zawodowego kolarza”. Pan Cezary mówi z uznaniem o wsparciu, jakiego udzielała i wciąż udziela mu małżonka. Podkreśla, że rozumiała jego pasję oraz konsekwencje wiążące się z zawodowym uprawianiem sportu. Jest szczęśliwy, ponieważ może liczyć na wsparcie
rodziny również po zakończeniu kariery. Mazovia stała się przedsięwzięciem, przy realizacji którego pracuje również jego żona i syn. „Właściwie jej praca ma większy wpływ na kształt imprezy niż moja” – przyznaje pan Cezary. Mazovię organizują razem od samego początku. „Syn po raz pierwszy pomagał nam mając 14 lat i wrócił z wyścigu bardziej zmęczony niż gdyby go przejechał” – wspomina dumny ojciec. Jego bliscy są częścią rowerowego środowiska. Syn, co prawda, nie ściga się, ale skacze na rowerze.
Cezary Zamana dziś organizuje imprezy rowerowe, ale nie można zapominać, że to jeden z najbardziej utytułowanych polskich kolarzy szosowych ostatnich lat. Człowiek, który żyje swoją pasją, realizując marzenia, nie zapomniał jednak również o innych dziedzinach swojego życia. Jak sam mówi, gdyby nie został sportowcem, pewnie zająłby się uprawą lasów. Dzisiaj często podziwia ich piękno, sprawdzając nowe trasy organizowanych przez siebie wyścigów.

Zoom
Skomentuj
Dodaj
